Strona główna » Najładniejsze ubrania wiszą w szafie „na specjalną okazję”. A gdyby tak założyć je we wtorek?

Najładniejsze ubrania wiszą w szafie „na specjalną okazję”. A gdyby tak założyć je we wtorek?

Autor: Aleksandra Domańska
Jedwabna bluzka i granatowa sukienka z metką wiszą w szafie między codziennymi ubraniami

W niemal każdej szafie wisi coś, co czeka. Jedwabna bluzka, która „jest za dobra na co dzień”. Sukienka kupiona na wyprzedaży „na jakieś wesele”. Kaszmirowy sweter, którego szkoda do biura, buty, które oszczędzamy na lepszą pogodę i ważniejszą okazję. Mijają sezony, a okazja wciąż nie przychodzi. Ubrania, które lubimy najbardziej, zamiast nam służyć, czekają w ciemności na dzień, który może nigdy nie nadejść.

Myślę o tym za każdym razem, gdy przy zmianie sezonu przychodzi czas na przejrzenie szafy. Wtedy na wierzch wychodzą rzeczy, które nie zdążyły się zużyć, bo prawie ich nie dotykałyśmy. Niektóre wciąż mają metki. Ten felieton jest o tym, dlaczego tak trudno nam nosić to, co najładniejsze, i dlaczego warto przestać czekać.

Szafa pełna rzeczy „na kiedyś”

Kategoria „na specjalną okazję” jest w naszych szafach zaskakująco pojemna. Mieszczą się w niej nie tylko suknie wieczorowe i garnitury, które rzeczywiście zakłada się raz na kilka lat. Trafiają do niej także rzeczy całkiem zwyczajne, tylko trochę ładniejsze niż reszta: biała koszula z dobrej bawełny, wełniany płaszcz w ciekawym kolorze, sweter, który wyjątkowo dobrze leży, szminka w odcieniu, który dodaje odwagi. Wszystko, co sprawia, że czujemy się wyjątkowo, odruchowo odkładamy na później.

Ten mechanizm ma wiele odmian. Jest odkładanie „na lepszą figurę” – kiedy schudnę kilka kilogramów, kiedy wrócę do formy po ciąży, kiedy zacznę ćwiczyć. Jest odkładanie „na lepsze życie” – kiedy będę miała pracę, w której ludzie tak się ubierają, kiedy zaczniemy częściej wychodzić, kiedy dzieci podrosną. Jest wreszcie odkładanie zupełnie praktyczne: szkoda ubrudzić, szkoda zniszczyć, szkoda w deszcz, szkoda do tramwaju.

Efekt jest za każdym razem podobny. Na co dzień nosimy rzeczy, które lubimy średnio. Są wygodne, praktyczne, „nic im się nie stanie”, ale nie sprawiają radości. A te, które naprawdę kochamy, wiszą w szafie, czasem przez lata. Najgorsze, co może je spotkać, nie jest wcale plama z kawy. To moment, w którym po kilku sezonach wyjmujemy je z szafy i okazuje się, że już nie pasują – do sylwetki, do stylu, do tego, kim jesteśmy teraz.

Z odkładaniem łączy się zresztą coś jeszcze: poczucie winy. Ładna rzecz wisząca bez użytku przypomina o pieniądzach, które na nią wydałyśmy, i o obietnicy, której sobie nie dotrzymałyśmy. Zamiast cieszyć, zaczyna uwierać. Trudno ją oddać, bo „przecież jest prawie nowa”, a trudno założyć, bo „to nie ta okazja”. I tak trwa w zawieszeniu, zajmując miejsce w szafie i w głowie.

Często zaczyna się to już w sklepie. Rzeczy „na okazję” kupujemy inaczej niż codzienne: pod wpływem chwili, na wyprzedaży, bo „takiej ceny już nie będzie”, albo z myślą o konkretnym wydarzeniu, które potem wygląda zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałyśmy. Sukienka kupiona na sylwestra, który ostatecznie spędziłyśmy w domu, zostaje z nami na lata jako wyrzut sumienia. Im bardziej wyjątkowa rzecz, tym trudniej znaleźć dla niej miejsce w zwykłym życiu.

Porcelanowe filiżanki ze złotymi brzegami za szybą starej meblościanki
Odświętna zastawa w meblościance – symbol rzeczy zbyt ładnych na co dzień.

Skąd się bierze to odkładanie

Część odpowiedzi leży pewnie w historii. Wiele z nas wychowało się w domach, w których rzeczy miały wartość, bo trudno je było zdobyć. Były ubrania „do kościoła”, „do szkoły” i „po domu”, odświętna zastawa, która stała w meblościance i wychodziła na stół raz w roku, na Wigilię, i obrusy, które czekały na gości. Szacunek do rzeczy, oszczędność i dbałość o to, co mamy, to wartości, które warto zachować. Kłopot w tym, że po drodze zamieniły się czasem w przekonanie, że to, co najładniejsze, nie jest dla nas na co dzień.

Druga część odpowiedzi to sposób, w jaki myślimy o sobie. Odkładanie ładnych rzeczy na później bywa cichym sygnałem, że uważamy siebie i nasze zwykłe dni za niewarte wysiłku. Na randkę, na wesele, na spotkanie z kimś ważnym – tak. Na zwykły wtorek, na zakupy, na pracę z domu – nie, po co. Jakby radość z ubrania musiała być zatwierdzona przez innych, a nie należała się nam samym.

Trzecia część to zwykły strach. Przed tym, że ktoś skomentuje: „ale się wystroiłaś”. Przed tym, że będziemy wyglądać na zbyt eleganckie w miejscu, w którym wszyscy chodzą w dżinsach i bluzach. Przed tym, że zwrócimy na siebie uwagę. To lęk bardzo ludzki i bardzo kobiecy, wpisany w kulturę, która od dziewczynek oczekuje, że będą ładne, ale nie za bardzo, zadbane, ale nie przesadnie, widoczne, ale nie wyzywające.

Paradoksalnie do odkładania ubrań przyczyniają się też media społecznościowe. Skoro każde wyjście może skończyć się zdjęciem, a zdjęcia zostają na zawsze, wiele osób niechętnie pokazuje się dwa razy w tej samej sukience. Ładna rzecz zostaje więc „zużyta” po jednym wyjściu i wraca do szafy, bo przecież „już w niej byłam”. Tymczasem nikt poza nami nie pamięta, w czym byłyśmy na poprzednim przyjęciu. A nawet jeśli pamięta – to raczej dowód, że wyglądałyśmy dobrze.

Ubranie, które czeka na idealną okazję, często tak naprawdę czeka na nasze pozwolenie. Na moment, w którym uznamy, że wolno nam czuć się dobrze bez szczególnego powodu. A takie pozwolenie można sobie dać w każdej chwili – nie potrzeba do tego ani nowej pracy, ani nowej figury, ani zaproszenia na bal.

Jest też ostatni, bardzo prozaiczny powód. Rzeczy na specjalne okazje często są po prostu niewygodne albo trudne w pielęgnacji. Jedwab trzeba prać ręcznie, wełna się mechaci, wysokie obcasy męczą, a sukienka z delikatnej tkaniny gniecie się po pięciu minutach w samochodzie. To uczciwy argument i warto go przemyśleć, zanim kupimy kolejną rzecz „na okazję”. Ale w wielu przypadkach różnica między tym, co odświętne, a tym, co codzienne, jest dużo mniejsza, niż nam się wydaje.

Uśmiechnięta kobieta w jedwabnej bluzce i dżinsach pije kawę przy oknie w kawiarni
Ładne ubranie założone w zwykły dzień potrafi ten dzień zmienić.

Co się dzieje, kiedy zaczynamy nosić

W rozmowach o ubraniach, które czekają w szafach, prawie zawsze pada to samo zdanie: „no tak, ale wtedy szybciej się zniszczy”. To prawda. Rzecz noszona częściej szybciej się zużywa. Ale czy to naprawdę strata? Kaszmirowy sweter, który przez trzy zimy grzał w chłodne poranki, wykonał swoje zadanie lepiej niż ten, który przez trzy zimy leżał złożony w pudle, a potem zjadły go mole. Ubranie, które się nosi, ma historię. Ubranie, które się oszczędza, ma tylko metkę.

Jest coś jeszcze. Ładne ubranie założone w zwykły dzień zmienia ten dzień. Nie w sposób spektakularny, ale wyczuwalny. Zmienia się postawa, sposób chodzenia, czasem nawet ton głosu w rozmowie. Ubrania nie robią z nas innych osób, ale mogą przypominać nam o tej wersji siebie, którą lubimy najbardziej. Psychologowie mówią czasem o tym, że to, w co się ubieramy, wpływa na nasze samopoczucie i sposób, w jaki postrzegamy siebie – i choć nie trzeba do tego badań, by to poczuć, warto potraktować to poważnie.

Noszenie najlepszych rzeczy na co dzień ma też bardzo praktyczny skutek: zmienia sposób, w jaki kupujemy. Kiedy wiemy, że nie będziemy niczego odkładać, zaczynamy wybierać rzeczy, które naprawdę pasują do naszego życia. Nie suknię wieczorową na wyprzedaży, której nie mamy gdzie założyć, tylko sukienkę, którą można włożyć do pracy, na kolację i na wesele, zmieniając tylko buty i biżuterię. Nie delikatną bluzkę, której boimy się wyprać, tylko taką, która wytrzyma pralkę. To prosta droga do mniejszej, ale lepszej szafy, o której piszemy w tekście o fashion longevity.

Pomaga tu prosty rachunek, który lubią stylistki: koszt jednego założenia. Sukienka za czterysta złotych założona dwa razy kosztuje dwieście złotych za wyjście. Ta sama sukienka założona czterdzieści razy – dziesięć złotych. Najdroższe ubrania w szafie to często nie te z najwyższą metką, tylko te, których nie nosimy. Ten sposób myślenia zmienia perspektywę: zamiast oszczędzać ładną rzecz, opłaca się ją nosić jak najczęściej.

Oczywiście nie chodzi o to, żeby chodzić na zakupy w sukni balowej albo odśnieżać samochód w jedwabnej bluzce. Chodzi raczej o przesunięcie granicy. O to, by w zwykły czwartek założyć tę lepszą koszulę, wyjąć z pudełka kolczyki po babci, wypić kawę z porcelanowej filiżanki zamiast z kubka z reklamą banku. Drobne gesty, które mówią: ten dzień też się liczy.

Rzeczy są po to, żeby ich używać. Także te najpiękniejsze, a może przede wszystkim one. Ślad po noszeniu, lekko wytarty łokieć swetra czy miękkość tkaniny po wielu praniach to dowód, że ubranie było częścią naszego życia, a nie eksponatem w muzeum.

Warto też zauważyć, że ubrania noszone częściej nie muszą od razu wyglądać gorzej. Dużo zależy od pielęgnacji. Wełnę wystarczy często tylko przewietrzyć zamiast prać, jedwab można prać delikatnie w niskiej temperaturze, a dobre buty odpowiednio zaimpregnować i dać im odpocząć między noszeniami. Kilka minut troski przedłuża życie ubraniom znacznie bardziej niż miesiące spędzone w szafie.

Satynowa sukienka koktajlowa zestawiona z grubym kardiganem, czarnymi rajstopami i płaskimi botkami na łóżku
Sukienka „na okazję” z kardiganem i botkami sprawdzi się także w zwykły dzień.

Codzienność jako okazja

Najprostszy sposób, by to zmienić, to mały eksperyment. Otwórz szafę i wyjmij jedną rzecz, którą odkładasz na specjalną okazję. Taką, która ci się podoba, ale której nie nosisz, bo „szkoda”. I załóż ją w ciągu najbliższego tygodnia, w zupełnie zwyczajny dzień. Do pracy, na spotkanie z przyjaciółką, na niedzielny spacer. Zobacz, co się stanie. Najprawdopodobniej nic dramatycznego – może ktoś powie komplement, może nikt nie zauważy. Ale ty będziesz wiedziała.

Przy okazji jesiennych porządków w szafie warto też zadać sobie kilka pytań. Na jaką okazję czeka ta rzecz? Czy ta okazja w ogóle pojawi się w moim życiu w najbliższym roku? Czy ta rzecz pasuje do mnie dzisiaj, czy do osoby, którą byłam albo którą chciałabym być? Jeśli odpowiedź jest szczera i rzecz nie ma szans się doczekać, może lepiej, by trafiła do kogoś, kto ją założy. Jeśli ma szansę – niech wyjdzie z szafy już teraz. O tym, jak przeglądać garderobę przy zmianie sezonu, piszemy w tekście o porządkach w szafie.

Można też pomóc sobie organizacją szafy. Rzeczy, które odkładasz, przewieś na sam przód, na wysokość oczu, zamiast chować je w pokrowcach na końcu drążka. Kiedy rano otwierasz szafę, to one powinny być pierwszym, co widzisz. Spróbuj też zasady jednej ładnej rzeczy w tygodniu – raz w tygodniu, w dowolny dzień, wybierz coś z kategorii „na okazję” i połącz to z codziennymi ubraniami. Jedwabna bluzka z dżinsami i swetrem, sukienka koktajlowa z grubymi rajstopami, płaskimi botkami i kardiganem, elegancka marynarka z T-shirtem. Najciekawsze stylizacje często powstają właśnie z takich połączeń.

Jest w tym coś więcej niż moda. Odkładanie radości na później to nawyk, który dotyczy nie tylko ubrań. Odkładamy wyjazdy, rozmowy, ładną zastawę, otwarcie dobrego wina, które dostałyśmy na urodziny, wizytę u przyjaciółki, która mieszka w innym mieście. Czekamy na lepszy moment, więcej pieniędzy, więcej czasu, lepszą formę. Tymczasem życie składa się przede wszystkim ze zwykłych dni. Jeśli w nich nie ma miejsca na to, co lubimy najbardziej, to kiedy ma być?

Nie trzeba od razu wszystkiego zmieniać. Wystarczy, że raz w tygodniu założysz coś, co odkładałaś. Że wypijesz poranną kawę z najładniejszej filiżanki. Że użyjesz perfum, które trzymasz na wieczorne wyjścia, w zwykły poniedziałek. Te małe decyzje sumują się w poczucie, że twoje życie nie jest poczekalnią przed czymś ważniejszym.

A kiedy przyjdzie prawdziwa okazja – wesele, jubileusz, ważna kolacja – i tak znajdziesz coś do założenia. Może nawet tę samą sukienkę, która przez ostatni rok bywała z tobą w pracy, w teatrze i na urodzinach przyjaciółki. Będzie nosiła ślady tych wszystkich dni i to wcale nie jest wada. Jeśli szukasz inspiracji na prawdziwie odświętne wyjście, zajrzyj do naszego tekstu o sukience na wesele jesienią.

Najładniejsze ubrania nie są na specjalną okazję. Są na ciebie.

Powiązane artykuły

Zostaw komentarz