Strona główna » Ile kroków dziennie naprawdę potrzebujemy? Mit 10 000 kroków i co mówią nowe badania

Ile kroków dziennie naprawdę potrzebujemy? Mit 10 000 kroków i co mówią nowe badania

Autor: Ewa Zawadzka
Kobieta w sportowych butach idzie szybkim marszem jesienną alejką w parku, na nadgarstku ma opaskę liczącą kroki

Zegarek wibruje dumnie, gdy licznik przekracza dziesięć tysięcy, a w dni, kiedy zatrzymuje się na sześciu, pojawia się lekkie poczucie porażki. Tymczasem liczba, którą tak wiele z nas traktuje jak świętą granicę zdrowia, wcale nie wzięła się z badań naukowych.

Codzienny ruch to jeden z najprostszych i najtańszych sposobów dbania o zdrowie, a chodzenie jest formą aktywności, na którą stać prawie każdego: nie wymaga karnetu, sprzętu ani specjalnych umiejętności. Właśnie dlatego tak ważne jest, żeby cel, który sobie stawiamy, był realny. Zbyt ambitny zniechęca. Zbyt skromny nie przynosi efektów. A licznik kroków w telefonie czy na nadgarstku, choć bardzo pomocny, potrafi też wpędzić w niepotrzebne wyrzuty sumienia.

W ostatnich latach naukowcy przyjrzeli się tej sprawie dużo dokładniej niż kiedykolwiek wcześniej, korzystając z danych setek tysięcy osób noszących krokomierze i opaski sportowe. Ich wnioski są dla wielu z nas dobrą wiadomością: do zdrowia prowadzi mniej kroków, niż sugeruje magiczna dziesiątka, a każdy dodatkowy spacer liczy się już od pierwszego tysiąca.

Skąd się wzięło 10 000 kroków

Historia zaczyna się w Japonii w połowie lat sześćdziesiątych. Przed igrzyskami olimpijskimi w Tokio w 1964 roku w kraju panowała moda na aktywność fizyczną, a firmy prześcigały się w produktach, które miały ją wspierać. W 1965 roku japońska firma Yamasa wprowadziła na rynek krokomierz o nazwie manpo-kei, co w dosłownym tłumaczeniu oznacza „licznik dziesięciu tysięcy kroków”. Okrągła, łatwa do zapamiętania liczba świetnie sprawdzała się w reklamie i szybko trafiła do powszechnej świadomości. Jak podkreślają autorzy wielu późniejszych analiz, nie była jednak wynikiem badań nad zdrowiem, tylko chwytliwym hasłem marketingowym, które przetrwało dekady i przeszło z japońskich krokomierzy do aplikacji w naszych telefonach.

Nie znaczy to, że dziesięć tysięcy kroków jest złym celem. Dla wielu osób to po prostu dobry poziom aktywności. Problem polega na tym, że przez lata liczba ta funkcjonowała jako granica, poniżej której ruch „się nie liczy”. A to nieprawda – i to nieprawda, która zniechęca. Osoba, która dziś robi dwa, trzy tysiące kroków dziennie, patrząc na dziesięć tysięcy może uznać, że to cel nie dla niej, i nie spróbować wcale.

Dlaczego akurat ta liczba tak dobrze się przyjęła? Okrągłe cele mają w sobie coś kuszącego. Łatwo je zapamiętać, łatwo sprawdzić, czy się je osiągnęło, i łatwo się nimi pochwalić. Dziesięć tysięcy brzmi poważnie, ale nie nierealnie, a do tego daje poczucie wyraźnej mety. Kiedy w XXI wieku krokomierze trafiły najpierw do opasek sportowych, a potem do każdego smartfona, producenci urządzeń i aplikacji potrzebowali domyślnego celu dla milionów użytkowników. Wybór był oczywisty: liczba, którą wszyscy już znali. W ten sposób marketingowe hasło sprzed sześciu dekad trafiło do aplikacji, które nosimy przy sobie przez cały dzień.

Ile to właściwie jest w kilometrach? Zależy od długości kroku, a ta zależy od wzrostu, tempa i sposobu chodzenia. Orientacyjnie u dorosłej kobiety jeden kilometr to mniej więcej 1300–1500 kroków, więc dziesięć tysięcy kroków oznacza zwykle około 6,5–8 kilometrów. Dla kogoś, kto pracuje przy biurku i dojeżdża samochodem, to naprawdę sporo.

Krótko mówiąc, dziesięć tysięcy kroków nie jest ani magiczne, ani szkodliwe.

Warto też pamiętać, że krok kroku nierówny. Dziesięć tysięcy kroków zrobionych w spokojnym tempie podczas zakupów i sprzątania to co innego niż ta sama liczba kroków przebyta szybkim marszem. Liczba kroków to wygodna, prosta miara, ale nie mówi wszystkiego o wysiłku. Nie uwzględnia jazdy na rowerze, pływania, jogi czy treningu siłowego, a krokomierz w telefonie nie zauważy, że przez godzinę pływałaś na basenie. Osoba, która trzy razy w tygodniu jeździ rowerem do pracy, może mieć skromny wynik w aplikacji i jednocześnie świetną kondycję. Dlatego kroki warto traktować jako jeden z elementów obrazu, a nie jedyną miarę tego, czy ruszamy się wystarczająco.

Co mówią nowsze badania

Przez długi czas dane o krokach i zdrowiu pochodziły z pojedynczych, niewielkich badań. Sytuacja zmieniła się wraz z popularnością krokomierzy i akcelerometrów, które pozwalają dokładnie zmierzyć, ile ludzie chodzą, zamiast opierać się na ich deklaracjach. Dziś możemy porównać dane z dziesiątek badań prowadzonych na kilku kontynentach.

15 grup badanych i punkt, w którym korzyści się wyrównują

W 2022 roku w czasopiśmie „The Lancet Public Health” ukazała się metaanaliza zespołu Amandy Paluch, obejmująca 15 grup badanych z różnych krajów i ponad 47 tysięcy dorosłych. Badacze porównali ryzyko zgonu z jakiejkolwiek przyczyny u osób robiących najmniej i najwięcej kroków. U osób z najaktywniejszej ćwiartki ryzyko było mniej więcej o połowę niższe niż u tych z najmniej aktywnej. Najciekawsze okazało się jednak to, gdzie korzyści przestawały rosnąć. U osób po sześćdziesiątce ryzyko spadało wraz z liczbą kroków mniej więcej do 6–8 tysięcy dziennie, a dalej się wyrównywało. U młodszych dorosłych ten punkt wypadał przy około 8–10 tysiącach kroków.

Autorzy przyjrzeli się też tempu chodzenia. Wyniki dotyczące intensywności były mniej jednoznaczne niż te dotyczące samej liczby kroków – szybszy marsz wiązał się z korzyściami, ale gdy uwzględniono całkowitą liczbę kroków, część tych zależności słabła. Najprościej mówiąc: najważniejsze jest to, żeby w ogóle chodzić więcej, a tempo to dodatkowy atut.

Różnica między starszymi i młodszymi dorosłymi ma swoje wytłumaczenie. Z wiekiem spada zwykle wydolność, a ten sam spacer kosztuje organizm więcej wysiłku, więc korzyści pojawiają się przy mniejszej liczbie kroków. Dla wielu kobiet po sześćdziesiątce to szczególnie dobra wiadomość: realny, zdrowotnie uzasadniony cel jest zauważalnie niższy niż dziesięć tysięcy, a kilkadziesiąt minut chodzenia rozłożonych na cały dzień często w zupełności wystarcza, żeby się do niego zbliżyć.

Około 7000 kroków jako realny cel

W lipcu 2025 roku w tym samym czasopiśmie opublikowano jeszcze szerszą analizę. Zespół kierowany przez prof. Melody Ding z Uniwersytetu w Sydney zebrał 57 badań, w których liczbę kroków mierzono urządzeniami, i sprawdził, jak wiąże się ona nie tylko z ryzykiem zgonu, ale też z chorobami serca, nowotworami, cukrzycą typu 2, demencją, objawami depresji czy upadkami. Za punkt odniesienia przyjęto 2000 kroków dziennie, czyli poziom bardzo niskiej aktywności.

Wyniki są obiecujące. W porównaniu z 2000 kroków osoby robiące około 7000 kroków dziennie miały o 47% niższe ryzyko zgonu z jakiejkolwiek przyczyny, o 25% niższe ryzyko zachorowania na choroby sercowo-naczyniowe i o 38% niższe ryzyko demencji. W przypadku wielu wskaźników korzyści powyżej 7000 kroków rosły już wolniej, choć dla niektórych, na przykład dla ryzyka cukrzycy typu 2, kolejne kroki wciąż przynosiły dodatkowy zysk. Autorzy uznali, że około 7000 kroków dziennie to realistyczny i dobrze uzasadniony cel dla większości dorosłych, a ci, którzy robią więcej, nie powinni rezygnować z dodatkowego ruchu.

Dlaczego to takie ważne? Bo dla wielu osób różnica między siedmioma a dziesięcioma tysiącami kroków to mniej więcej dodatkowe pół godziny marszu każdego dnia. Przy pracy na etacie, dojazdach, obowiązkach domowych i opiece nad dziećmi czy rodzicami te trzydzieści minut bywa nie do wygospodarowania. Cel, który da się osiągnąć w zwykły wtorek, a nie tylko w wolną sobotę, ma o wiele większe szanse stać się nawykiem. A z punktu widzenia zdrowia to właśnie regularność, a nie pojedyncze rekordy, przynosi efekty.

Siedem tysięcy kroków nie oznacza przy tym siedmiu tysięcy kroków „treningowych”. Wlicza się do nich wszystko: droga z parkingu do biura, chodzenie po sklepie, sprzątanie, wyjście z psem. U osób prowadzących w miarę aktywny tryb życia codzienne czynności dają często kilka tysięcy kroków, a resztę można uzupełnić jednym lub dwoma spacerami.

Bardzo ważny jest też drugi wniosek z tej analizy: wyraźne korzyści widać już przy przejściu z 2000 do około 4000 kroków dziennie. Dla osoby, która dziś prawie się nie rusza, dwa dodatkowe tysiące kroków – mniej więcej kwadrans–dwadzieścia minut spaceru – to krok, który ma realne znaczenie dla zdrowia. Największą różnicę robią pierwsze tysiące kroków, a nie ostatnie.

To zmienia perspektywę.

Trzeba przy tym uczciwie dodać, że takie badania pokazują związki, a nie bezpośrednie przyczyny. Osoby, które dużo chodzą, często również lepiej się odżywiają, mniej palą i ogólnie są zdrowsze. Naukowcy starają się uwzględniać takie czynniki w obliczeniach, ale nie da się ich wyeliminować całkowicie. Spójność wyników z wielu badań i krajów sprawia jednak, że kierunek jest bardzo wiarygodny: więcej ruchu to lepsze zdrowie, a krzywa korzyści jest najbardziej stroma na samym początku.

Warto też pamiętać o ograniczeniach samych pomiarów. W badaniach uczestnicy nosili krokomierze lub akcelerometry zwykle przez kilka dni, a potem obserwowano ich przez lata. Nie wiemy więc dokładnie, jak zmieniała się ich aktywność w tym czasie. Część analiz obejmowała głównie mieszkańców krajów wysoko rozwiniętych, a różne urządzenia liczą kroki nieco inaczej. Konkretne procenty warto zatem traktować jako przybliżenie, a nie obietnicę, że siedem tysięcy kroków obniży czyjeś osobiste ryzyko dokładnie o połowę.

A co na to WHO?

Światowa Organizacja Zdrowia nie posługuje się liczbą kroków, tylko czasem aktywności. Według wytycznych WHO z 2020 roku dorośli powinni w ciągu tygodnia poświęcić co najmniej 150–300 minut na aktywność o umiarkowanej intensywności albo 75–150 minut na aktywność intensywną, a do tego co najmniej dwa razy w tygodniu ćwiczyć mięśnie. W praktyce oznacza to na przykład pół godziny szybkiego marszu pięć dni w tygodniu. Te dwa podejścia dobrze się uzupełniają: liczba kroków mówi, ile się ruszamy, a czas umiarkowanej aktywności – jak intensywny jest ten ruch. WHO podkreśla także, że każda ilość ruchu jest lepsza niż żadna, a długie godziny siedzenia warto przerywać, nawet jeśli w ciągu tygodnia realizujemy zalecaną dawkę aktywności.

Dwie kobiety z kubkami kawy na wynos spacerują i rozmawiają na bulwarze nad rzeką w pochmurny jesienny dzień
Spotkanie na spacerze zamiast przy stoliku to łatwy sposób na kilka tysięcy kroków więcej.

Kroki w praktyce, czyli jak chodzić więcej, gdy dni są krótkie

Teoria to jedno, a jesienna codzienność to drugie. Gdy rano jest ciemno, po południu leje, a po pracy ma się ochotę tylko na kanapę, nawet 7000 kroków wydaje się ambitnym celem. Dobra wiadomość jest taka, że kroki sumują się przez cały dzień i nie trzeba ich robić za jednym razem. Dziesięć minut tu, kwadrans tam – i wieczorem licznik pokazuje zaskakująco dużo.

Najłatwiej dołożyć ruch w drodze do pracy i z powrotem. Wysiądź przystanek wcześniej, zaparkuj dalej od wejścia, wybierz schody zamiast windy, idź pieszo do sklepu, który jest kilkanaście minut od domu. Jeśli pracujesz przy biurku, ustaw w telefonie przypomnienie, żeby co godzinę wstać i przejść się choćby po korytarzu albo do kuchni po wodę. Rozmowy telefoniczne, które nie wymagają komputera, można prowadzić, chodząc. Spotkanie z przyjaciółką zamiast przy kawiarnianym stoliku może odbyć się na spacerze z kubkiem kawy na wynos. Z każdego z tych pomysłów osobno nie zrobi się wiele kroków, ale razem potrafią dać kilka tysięcy więcej niż w dniu spędzonym w samochodzie i na krześle.

Jesienią szczególnie warto spacerować w ciągu dnia, a nie wyłącznie po zmroku. Dzienne światło, nawet w pochmurny dzień, pomaga utrzymać rytm dobowy i poprawia nastrój, a krótkie wyjście w porze lunchu bywa najlepszą przerwą w pracy. O tym, jak brak światła wpływa na senność i samopoczucie, pisaliśmy w tekście o tym, dlaczego jesienią ciągle chce nam się spać.

Ważne jest także tempo. Spacer, podczas którego oglądasz wystawy sklepowe, to przyjemność, ale niekoniecznie wysiłek. Za marsz o umiarkowanej intensywności uznaje się zwykle taki, przy którym oddech wyraźnie przyspiesza, a rozmowa jest jeszcze możliwa, ale śpiewanie już nie. W badaniach jako orientacyjną granicę umiarkowanego tempa często przyjmuje się około 100 kroków na minutę. Nie trzeba tego liczyć co do kroku – wystarczy od czasu do czasu, na przykład przez dziesięć minut każdego spaceru, przyspieszyć tak, żeby się lekko zasapać. Kilka minut szybszego marszu w ciągu dnia to prosty sposób, żeby zwykły spacer zamienić w trening.

Spacer łatwiej utrzymać, gdy nie jest samotnym obowiązkiem. Umów się z sąsiadką na stałą godzinę, zaproponuj koleżance z pracy wspólne wyjście w przerwie, a rodzinie niedzielną trasę zamiast kolejnego filmu. Kiedy ktoś na nas czeka, trudniej wymyślić wymówkę. Pomaga też zmienianie tras – park, nadrzeczny bulwar, pobliski las czy nieznana dzielnica sprawiają, że spacer przestaje być nudnym „odhaczaniem” kroków. Jesienią to dobra okazja, żeby iść na grzyby, zebrać kasztany z dziećmi albo po prostu pochodzić po szeleszczących liściach.

Dla osób, które lubią mieć konkretny plan, dobrym rozwiązaniem jest marsz z kijkami, czyli nordic walking. Kije angażują do pracy także ramiona i górną część ciała, a dla niektórych dają poczucie większej stabilności na nierównym terenie. Warto jednak nauczyć się prawidłowej techniki, najlepiej na zajęciach z instruktorem, bo źle używane kije niewiele dają.

Przy szybszym marszu warto zwrócić uwagę na sposób chodzenia. Wyprostowana sylwetka, rozluźnione ramiona, wzrok skierowany przed siebie, a nie w ekran telefonu, i swobodna praca rąk zgiętych lekko w łokciach – to wystarczy, żeby chodzić wydajniej i z mniejszym obciążeniem karku. Stopę stawiaj naturalnie, od pięty, przetaczając ją na palce, i nie wydłużaj na siłę kroku. Szybsze tempo łatwiej osiągnąć częstszymi, a nie dłuższymi krokami.

Stopy kobiety w wygodnych butach z przyczepną podeszwą na mokrym chodniku pokrytym jesiennymi liśćmi
Wygodne buty z przyczepną podeszwą i odblask na wieczór – i pogoda przestaje być wymówką.

Pogoda nie musi być wymówką. Wystarczą dobre buty z przyczepną podeszwą, kurtka przeciwdeszczowa i coś odblaskowego na wieczorne wyjścia, bo po zmianie czasu chodniki szybko robią się ciemne. W naprawdę paskudne dni da się chodzić w galerii handlowej, na klatce schodowej albo w domu – kilka okrążeń po mieszkaniu w trakcie rozmowy telefonicznej czy marsz w miejscu przy ulubionym serialu też się liczy.

Jeśli dopiero zaczynasz, nie stawiaj sobie od razu wysokiej poprzeczki. Przez tydzień sprawdź, ile kroków robisz w zwykłe dni, i spróbuj dołożyć do tej liczby tysiąc. Gdy to stanie się nawykiem, dołóż kolejny. Taki stopniowy wzrost jest łatwiejszy do utrzymania niż nagła rewolucja, po której po dwóch tygodniach zostaje tylko zniechęcenie. Nagłe przejście z trzech do dwunastu tysięcy kroków dziennie może też skończyć się bólem stóp, kolan czy łydek, zwłaszcza w niewygodnych butach. Ciało potrzebuje czasu, żeby przyzwyczaić się do większego obciążenia, a kilka tygodni stopniowego wydłużania spacerów to rozsądne tempo.

Nie przejmuj się też gorszymi dniami. Choroba, nawał pracy czy ulewa sprawią, że czasem licznik zatrzyma się na dwóch tysiącach. To normalne. Liczy się średnia z tygodni i miesięcy, a nie wynik z jednego dnia.

Krokomierz w telefonie czy opasce to świetne narzędzie motywacyjne, ale warto traktować go z dystansem. Urządzenia różnią się dokładnością, a telefon zostawiony na biurku nie policzy kroków zrobionych po biurze. Liczby w aplikacji nie są wyrocznią, tylko orientacyjną wskazówką, czy ruszasz się więcej, czy mniej niż zwykle. Jeśli zauważysz, że pogoń za wynikiem zaczyna cię stresować albo zmusza do chodzenia po mieszkaniu przed północą, żeby „dobić” do celu, to znak, że licznik przestał ci służyć.

Chodzenie nie załatwia wszystkiego. Zalecenia WHO mówią też o ćwiczeniach wzmacniających mięśnie, które z wiekiem stają się coraz ważniejsze – dla kości, równowagi i sprawności na co dzień. Spacer warto więc łączyć z prostymi ćwiczeniami siłowymi, choćby przysiadami, wykrokami czy ćwiczeniami z gumą, dwa razy w tygodniu.

Osoby z chorobami serca, płuc, stawów czy cukrzycą, kobiety w ciąży, a także wszyscy, którzy przez długi czas byli mało aktywni, powinni przed znacznym zwiększeniem wysiłku porozmawiać z lekarzem. Szczególnie niepokojące są ból lub ucisk w klatce piersiowej, duszność nieproporcjonalna do wysiłku, zawroty głowy czy kołatanie serca podczas marszu – wtedy trzeba przerwać wysiłek i skonsultować się z lekarzem, a przy nasilonych objawach wezwać pomoc.

Dla większości z nas wniosek z badań jest jednak prosty i budujący. Nie trzeba codziennie zaliczać dziesięciu tysięcy kroków, żeby zrobić coś dobrego dla zdrowia. Siedem tysięcy to rozsądny cel, cztery tysiące to już realna zmiana, a każdy spacer jest lepszy niż jego brak. Licznik może pomagać, ale nie musi rządzić.

Powiązane artykuły

Zostaw komentarz