Strona główna » Mój dom nie wygląda jak z katalogu. O wstydzie przed bałaganem i o tym, jak przestałam się nim zadręczać

Mój dom nie wygląda jak z katalogu. O wstydzie przed bałaganem i o tym, jak przestałam się nim zadręczać

Autor: Katarzyna Lis
Dwie przyjaciółki śmieją się przy kawie w rodzinnej kuchni, w tle kosz z praniem i naczynia

Przez lata, zanim ktoś do nas przyszedł, przez godzinę biegałam po mieszkaniu z koszem na pranie i upychałam rzeczy do szaf. Dziś mam w domu trochę bałaganu, gości częściej niż kiedyś i dużo mniej wstydu. Oto, co się zmieniło.

Skąd się bierze ten wstyd

Zaczęło się, jak sądzę, bardzo wcześnie. W domu, w którym dorastałam, przed przyjściem gości sprzątało się wszystko, łącznie z miejscami, do których żaden gość by nie zajrzał. Mama potrafiła myć okna w dniu imienin, a ja w wieku dziesięciu lat wiedziałam, że „co ludzie powiedzą” to jedno z najważniejszych pytań w życiu dorosłej kobiety. Nikt mi tego nie powiedział wprost. Po prostu tak było. Kiedy wyprowadziłam się na swoje, ten mechanizm przyjechał ze mną razem z kartonami książek i zestawem garnków od babci. Tyle że moje mieszkanie, z pracą na pełen etat, dwójką dzieci i psem, nigdy nie wyglądało tak, jak dom z dzieciństwa w niedzielne popołudnie.

Długo byłam przekonana, że to moja osobista wada. Że inne kobiety jakoś dają radę, a ja nie. Dopiero gdy zaczęłam o tym rozmawiać z przyjaciółkami, okazało się, że prawie każda ma w domu swój „pokój wstydu”, szafę, której nie otwiera się przy gościach, albo krzesło, na którym rośnie góra ubrań. I że prawie każda czuje, że to coś mówi o niej jako o kobiecie, matce, gospodyni. O mężczyznach rzadko mówi się w tym kontekście. Bałagan w domu wciąż oceniamy przede wszystkim przez pryzmat kobiet, które w nim mieszkają.

Wstyd ma przy tym bardzo konkretne skutki. Przestajemy zapraszać ludzi, bo „jeszcze nie ogarnęłam”. Odwołujemy spotkania, bo „u mnie taki syf”. W efekcie dom, który miał być miejscem odpoczynku i bliskości, staje się źródłem napięcia i samotności.

Ciekawe, że wiele z nas powtarza ten schemat, choć świat dawno się zmienił. Nasze mamy często pracowały na etacie i prowadziły dom, ale nie miały w kieszeni telefonu, z którego co wieczór patrzą na nas idealne kuchnie obcych ludzi. Mieszkania były mniejsze, rzeczy mniej, a oczekiwania – przynajmniej w niektórych sprawach – skromniejsze. Dziś mamy więcej przedmiotów, więcej obowiązków i więcej porównań. Nic dziwnego, że coraz trudniej sprostać wyobrażeniu domu, który zawsze wygląda jak na zdjęciu.

Czy bałagan naprawdę szkodzi?

Tu trzeba być uczciwym: nie zamierzam przekonywać, że chaos jest zdrowy. Badania pokazują, że otoczenie wpływa na nasze samopoczucie. W często cytowanym badaniu opublikowanym w 2010 roku w „Personality and Social Psychology Bulletin” psycholożki Darby Saxbe i Rena Repetti poprosiły 60 pracujących małżonków, żeby oprowadzili badaczy po swoich domach i opowiedzieli o nich własnymi słowami. Kobiety, które w swoich opisach częściej mówiły o bałaganie i niedokończonych sprawach, miały w ciągu kolejnych dni bardziej płaski dobowy rytm kortyzolu, czyli hormonu stresu, i gorszy nastrój. Te, które opisywały dom jako miejsce odpoczynku, wypadały lepiej.

Zwróćcie jednak uwagę na szczegół, który łatwo przeoczyć. Badanie nie mierzyło, ile rzeczy leży na podłodze, tylko jak kobiety o swoich domach mówiły. Innymi słowy, znaczenie miało nie tylko to, jaki jest dom, ale też to, jak go postrzegamy i co o nim myślimy. To samo krzesło z ubraniami jedna osoba widzi jako normalny ślad życia, a druga jako dowód porażki.

I to był dla mnie przełom. Nie musiałam mieć idealnie czystego domu. Musiałam przestać traktować każdy kubek w zlewie jak ocenę mojej wartości.

Przytulny salon wieczorem z zabawkami na dywanie, stertą prania na fotelu i książkami na stoliku
Bałagan to ślad codziennego życia – to nie to samo co brud.

Bałagan a brud – dwie różne rzeczy

Pierwszym krokiem było rozróżnienie, które dziś wydaje mi się oczywiste, a kiedyś w ogóle nie przychodziło mi do głowy. Bałagan to rzeczy nie na swoim miejscu: zabawki na dywanie, książki na stole, sterta prania do złożenia. Brud to coś innego: niemyte od tygodni naczynia, kurz na wszystkim, nieprzyjemny zapach, łazienka, do której nie chce się wchodzić. Bałagan jest normalnym śladem życia, zwłaszcza w domu z dziećmi czy zwierzętami. Brud bywa już problemem – dla zdrowia, ale też dla samopoczucia.

Dlatego ustaliłam sobie minimum, które ma znaczenie, i maksimum, na które mam siłę. Minimum to czysta kuchnia i łazienka, wyniesione śmieci, czysta pościel i jedno miejsce w domu, w którym mogę usiąść bez przesuwania stosów rzeczy. Cała reszta może poczekać do weekendu. Albo do następnego.

Serio.

Ten podział zdjął ze mnie ogromny ciężar. Przestałam czuć, że muszę wszystko naraz. A kiedy przestałam wymagać od siebie perfekcji, paradoksalnie zaczęłam sprzątać częściej, bo już nie traktowałam porządków jak wielkiego, całodniowego projektu.

Dom z katalogu nie istnieje

Duża część mojego wstydu brała się z porównań. Wieczorem, zmęczona, przeglądałam zdjęcia wnętrz w mediach społecznościowych: białe blaty bez jednego okruszka, sofy bez śladu sierści, półki z trzema starannie dobranymi wazonami. A potem podnosiłam wzrok na swój salon i czułam, że coś jest ze mną nie tak.

Pomogło mi dopiero zrozumienie, jak takie zdjęcia powstają. Zanim powstanie jedno zdjęcie „zwyczajnej” kuchni, z kadru wynosi się połowę rzeczy, które w niej na co dzień stoją. Kable chowa się za meblami, ładowarki wędrują do szuflady, zabawki do sypialni, a pies do sąsiadki. Ustawia się światło, często dodatkowe lampy, kwiaty przynosi stylistka, a na koniec zdjęcie i tak przechodzi obróbkę. To nie jest oszustwo, tylko po prostu tak powstają zdjęcia. Problem zaczyna się wtedy, gdy porównujemy z nimi swoje prawdziwe, codzienne życie.

Dziś, kiedy przeglądam takie zdjęcia, traktuję je jak inspirację, a nie jak normę. Biorę z nich pomysł na kolor ściany czy ustawienie lampy. Nie biorę poczucia winy.

Małe nawyki, które naprawdę działają

Nie wierzę w cudowne metody sprzątania, ale kilka prostych zasad sprawdziło się u nas lepiej niż jakikolwiek rygorystyczny plan. Pierwsza to dziesięć minut wieczorem. Cała rodzina, łącznie z dziećmi, przez dziesięć minut odnosi rzeczy na miejsce. Nie sprzątamy, tylko odkładamy. Działa zaskakująco dobrze, bo rano dom wygląda zupełnie inaczej, a nikt nie czuje, że stracił wieczór.

Druga zasada to mniej rzeczy. Brzmi jak hasło z poradnika minimalizmu, ale prawda jest prosta: im mniej przedmiotów, tym mniej jest do sprzątania. Raz na kilka miesięcy przeglądam jedną szufladę, jedną półkę, jedną szafkę i oddaję to, czego nie używamy. Bez wielkiego wyrzucania i bez wyrzutów sumienia.

Gdy czeka mnie większe sprzątanie, a nie mam na nie siły, nastawiam minutnik na kwadrans i zajmuję się tylko jednym miejscem: blatem w kuchni, biurkiem, półką w przedpokoju. Kiedy minutnik zadzwoni, mogę przestać. Zwykle i tak robię jeszcze trochę, bo najtrudniejsze jest zacząć, ale ta umowa z samą sobą zdejmuje presję „muszę posprzątać cały dom”. Kilka takich kwadransów w tygodniu robi więcej niż jedna wielka akcja raz w miesiącu, po której jestem wykończona i obrażona na cały świat.

Trzecia: każda rzecz ma swoje miejsce. Jeśli coś ciągle ląduje na stole, to znaczy, że nie ma dla tego dobrego miejsca – i trzeba je stworzyć, a nie co wieczór przenosić stos z kąta w kąt. U nas pomógł zwykły kosz przy drzwiach na rzeczy „do wyniesienia” i półka na listy i dokumenty, które wcześniej rozpraszały się po całym mieszkaniu.

I czwarta, najważniejsza: dom sprzątają wszyscy, którzy w nim mieszkają. To nie ja „ogarniam”, a reszta „pomaga”. Każdy ma swoje zadania, a dzieci od małego odnoszą swoje rzeczy i nakrywają do stołu. Zajęło to kilka miesięcy, ale dziś nikt w naszym domu nie uważa, że porządek to moja prywatna sprawa.

Przy okazji zauważyłam coś jeszcze. Dzieci, które pomagają w domu, przestają traktować porządek jako coś, co „robi się samo”. Mój syn, odkąd sam składa swoje ubrania, dużo rzadziej rzuca je na podłogę. Nie z dyscypliny, tylko dlatego, że wie, ile to pracy.

Zaproszenie mimo wszystko

Najtrudniejsze było jednak co innego: zaprosić kogoś, kiedy w domu nie jest idealnie. Pierwszy raz zrobiłam to trochę na przekór sobie. Przyjaciółka zadzwoniła, że jest w okolicy, a ja zamiast wymyślać wymówkę powiedziałam: „Wpadnij, tylko nie patrz na pranie”. Przyszła, usiadła w kuchni, wypiłyśmy kawę i przegadałyśmy dwie godziny. Pranie wisiało dokładnie tam, gdzie wisiało. Nie zauważyła go, a może zauważyła i było jej wszystko jedno. Kiedy wychodziła, powiedziała, że u niej jest dużo gorzej i że cieszy się, że w końcu ktoś przestał udawać.

Od tamtej pory zapraszam ludzi częściej. Czasem sprzątam przed ich przyjściem, czasem nie. Okazało się, że goście przychodzą do nas, a nie do mieszkania z katalogu. Ludzie zapamiętują rozmowy, a nie kurz na półce.

Jeśli czujesz, że wstyd przed bałaganem mocno ogranicza twoje życie – że odcinasz się od ludzi, porządki budzą w tobie ogromny lęk albo, przeciwnie, zupełnie nie masz siły zająć się domem i towarzyszy temu przygnębienie – warto porozmawiać o tym z psychologiem. Czasem za trudnością w ogarnięciu domu stoi coś więcej niż brak czasu, na przykład przeciążenie, depresja czy ADHD, i zasługuje to na wsparcie, a nie na kolejne wyrzuty sumienia.

A jeśli to po prostu zwykły, codzienny bałagan – odpuść sobie trochę. Twój dom jest dla ciebie i twoich bliskich. Nie dla teściowej, sąsiadki ani zdjęć z mediów społecznościowych.

Powiązane artykuły

Zostaw komentarz