Strona główna » Adaptacja w przedszkolu i żłobku. Czego spodziewać się w pierwszych tygodniach i co naprawdę pomaga dziecku

Adaptacja w przedszkolu i żłobku. Czego spodziewać się w pierwszych tygodniach i co naprawdę pomaga dziecku

Autor: Anna Sikorska
Mama kuca i przytula małe dziecko z plecaczkiem przy drzwiach przedszkola

Pierwszy dzień w przedszkolu bywa trudniejszy dla rodzica niż dla dziecka, a czasem odwrotnie. Jedno jest pewne: płacz przy drzwiach, katar co dwa tygodnie i nagłe „nie pójdę” po udanym początku to nie znak, że coś poszło źle, tylko zwykła część adaptacji.

Wrzesień w szatniach przedszkoli i żłobków wygląda co roku podobnie. Jedne dzieci machają rodzicom na pożegnanie i biegną do zabawek, inne trzymają się nogawki tak mocno, że trzeba je odklejać palec po palcu. Są też takie, które przez pierwszy tydzień są zachwycone, a w drugim nagle zaczynają rozpaczać, bo właśnie zrozumiały, że to nie była jednorazowa wycieczka, tylko nowa codzienność.

Każdy z tych scenariuszy mieści się w normie. Warto jednak wiedzieć, co dzieje się w głowie malucha, ile to zwykle trwa i co rzeczywiście pomaga, a co tylko dokłada stresu, choć wydaje się dobrym pomysłem.

Dlaczego rozstanie jest dla malucha tak trudne

Małe dziecko nie ma jeszcze dobrze wykształconego poczucia czasu. Zdanie „mama przyjdzie po obiedzie” dla trzylatka znaczy niewiele, bo „po obiedzie” to abstrakcja, a samo rozstanie dzieje się tu i teraz. Do tego dochodzi lęk separacyjny, czyli naturalny etap rozwoju, w którym dziecko boi się utraty kontaktu z najbliższą osobą. Najsilniej daje o sobie znać mniej więcej między pierwszym a trzecim rokiem życia, ale u wielu dzieci wraca w sytuacjach nowych i stresujących, a przedszkole jest właśnie taką sytuacją.

Pierwsze tygodnie to dla dziecka naraz kilka dużych zmian. Nowe miejsce, w którym wszystko inaczej pachnie i brzmi. Nowi dorośli, których trzeba poznać i którym trzeba zaufać. Kilkanaścioro rówieśników, z którymi trzeba dzielić zabawki, uwagę pani i przestrzeń. Inne jedzenie, inna toaleta, inna pora drzemki albo jej brak. Dorosły, który zmienia pracę, przeżywa coś podobnego, tyle że ma za sobą lata doświadczeń i umie nazwać swoje emocje. Maluch tego nie umie, więc mówi o nich tak, jak potrafi: płaczem, złością, przytulaniem się do rodzica albo odmową.

Dobrze jest pamiętać, że płacz przy rozstaniu nie oznacza, że dziecku dzieje się krzywda. Oznacza raczej, że ma silną więź z rodzicem i że rozstanie jest dla niego ważne. To dobra wiadomość, nawet jeśli w poniedziałek o ósmej rano trudno ją tak odebrać.

Trochę inaczej wygląda to w żłobku, a inaczej w przedszkolu. Roczne czy półtoraroczne dziecko nie rozumie jeszcze wyjaśnień, ale bardzo szybko uczy się powtarzalnych sytuacji i przywiązuje do konkretnej osoby. Dlatego w żłobku tak dużo zależy od tego, czy dziecko ma stałą opiekunkę, która je przyjmuje rano, karmi i usypia. Trzylatek potrafi już opowiedzieć, co mu się nie podoba, ale też głośniej protestuje i lepiej pamięta, że wczoraj było trudno. Czterolatek czy pięciolatek, który wcześniej był w domu, zwykle szybciej odnajduje się w grupie, za to bardziej przeżywa relacje z rówieśnikami: to, czy ktoś chce się z nim bawić i czy ma kolegę. Te różnice warto mieć w głowie, gdy porównujemy własne dziecko z dziećmi znajomych.

Ile trwa adaptacja

Na to pytanie nie ma jednej odpowiedzi, i lepiej od razu porzucić wizję, że po tygodniu będzie po sprawie. U wielu dzieci najtrudniejsze są pierwsze dwa, trzy tygodnie, a po miesiącu, półtora poranne rozstania wyraźnie się uspokajają. U innych proces trwa dłużej, nawet do świąt, zwłaszcza jeśli po drodze zdarzyła się choroba i kilka dni w domu. Wtedy powrót do przedszkola bywa jak drugi początek.

Częstym zjawiskiem jest też kryzys po kilku dniach lub tygodniach. Dziecko, które na początku szło do przedszkola z ciekawością, nagle zaczyna protestować. Rodzice są wtedy zdezorientowani, bo przecież „było już dobrze”. Tymczasem to często moment, w którym nowość przestała być atrakcją, a dziecko zrozumiało, że przedszkole to nie przygoda na chwilę, tylko stały element tygodnia. Ten etap zwykle też mija, choć bywa dla rodziców bardziej frustrujący niż pierwsze dni, bo przychodzi wtedy, gdy wszyscy zdążyli już odetchnąć. Różnice wynikają z temperamentu, wieku, wcześniejszych doświadczeń z innymi opiekunami, a także z tego, co dzieje się w tym czasie w domu. Narodziny rodzeństwa, przeprowadzka czy powrót mamy do pracy dokładnie w tym samym miesiącu to dla dziecka sporo zmian naraz. Jeśli macie wpływ na kalendarz, warto rozłożyć je w czasie, a jeśli nie macie, przynajmniej uprzedzić wychowawczynię, że w domu dzieje się teraz dużo.

Postęp rzadko jest prosty.

Troje przedszkolaków buduje wieżę z kolorowych drewnianych klocków na dywanie w jasnej sali
Po kilku tygodniach zabawa z rówieśnikami zwykle zaczyna przeważać nad smutkiem przy rozstaniu.

Zanim pierwszy raz zamkną się drzwi

Adaptacja nie zaczyna się pierwszego września. Wiele przedszkoli i żłobków organizuje wcześniej dni otwarte albo zajęcia adaptacyjne, na które dziecko przychodzi z rodzicem na godzinę czy dwie. Warto z nich skorzystać, nawet jeśli wydają się stratą czasu. Dziecko, które już raz widziało salę, dotknęło zabawek i poznało panią, przychodzi we wrześniu w miejsce choć trochę znajome. Niektóre placówki proponują też stopniowe wydłużanie pobytu w pierwszym tygodniu: najpierw godzina, potem do śniadania, potem do obiadu. Jeśli masz taką możliwość, to jedna z najlepszych rzeczy, jakie możesz zrobić.

W domu pomagają rozmowy i książeczki o przedszkolu, w których bohater przeżywa to samo co twoje dziecko. Można bawić się w przedszkole misiami i lalkami, odgrywając poranne pożegnanie i popołudniowy powrót. Nie trzeba za to opowiadać o przedszkolu jak o raju, w którym jest tylko wspaniale. Lepiej mówić prawdę: że będą zabawki i dzieci, że czasem może być smutno, że pani pomoże i że mama albo tata zawsze przyjdą.

Na kilka tygodni przed startem dobrze jest też przesunąć rytm dnia na przedszkolny, czyli wcześniej kłaść dziecko spać i wcześniej je budzić. Przydaje się również ćwiczenie kilku umiejętności, które w grupie bardzo ułatwiają życie:

  • samodzielne jedzenie łyżką i picie z kubka,
  • zgłaszanie potrzeby skorzystania z toalety,
  • zakładanie kapci i prostych ubrań,
  • mycie rąk.

Nie chodzi o to, żeby dziecko robiło to perfekcyjnie. Chodzi o to, żeby nie czuło się bezradne, gdy w pobliżu nie ma rodzica.

Pożegnanie przy drzwiach

To moment, który decyduje o tym, jak dziecko zacznie dzień, i ten, w którym rodzice popełniają najwięcej dobrze intencjonowanych błędów. Z obserwacji wychowawczyń i psychologów dziecięcych wyłania się kilka prostych zasad. Pożegnanie powinno być krótkie, czułe i za każdym razem takie samo. Przytulenie, buziak, jedno zdanie, na przykład „przyjdę po ciebie po podwieczorku”, i wyjście. Bez wracania od drzwi, bez kolejnych „jeszcze jednego buziaka”, bez kwadransa negocjacji w szatni.

Dla rodzica, który słyszy płacz za plecami, to bardzo trudne. Ale przeciąganie pożegnania zwykle wcale nie pomaga. Dziecko wyczuwa wahanie dorosłego i dostaje sygnał, że skoro mama też się boi, to może rzeczywiście jest czego. Spokojna pewność rodzica działa na nie kojąco, nawet jeśli w środku wcale tej pewności nie czuje.

Równie ważne jest, by się nie wymykać.

Wyjście „po angielsku”, gdy dziecko zajmie się zabawą, wydaje się humanitarne, bo oszczędza łez. Na dłuższą metę zwykle pogarsza sprawę. Maluch, który odkrywa, że rodzic zniknął bez słowa, uczy się, że musi go pilnować, i następnego dnia nie spuszcza go z oka ani na chwilę. Lepiej przeżyć krótki płacz przy pożegnaniu niż budować w dziecku poczucie, że w każdej chwili może zostać samo bez uprzedzenia.

Pomaga też przedmiot z domu: ulubiona przytulanka, chusteczka pachnąca mamą, zdjęcie rodziny w kieszeni. Przed przyniesieniem zabawki warto zapytać, jakie zasady obowiązują w grupie, bo w niektórych przedszkolach własne zabawki zostają w szatni. I jeszcze jedno: dziecko powinien odbierać ten, kto obiecał. Jeśli rano powiedziałaś, że przyjdziesz po podwieczorku, przyjdź po podwieczorku. Słowo dotrzymane każdego dnia buduje zaufanie szybciej niż najlepsze tłumaczenia.

Mały plecak z wystającą przytulanką na wieszaku w przedszkolnej szatni, pod nim para dziecięcych kapci
Ulubiona przytulanka z domu bywa dla malucha ważnym łącznikiem z rodzicem – warto zapytać, jakie zasady obowiązują w grupie.

Czego lepiej nie mówić

Niektóre zdania wypowiadamy odruchowo, bo sami je słyszeliśmy w dzieciństwie. „Nie płacz, jesteś już duży” uczy dziecko, że jego smutek jest czymś niewłaściwym i trzeba go ukrywać. „Jak będziesz grzeczny, to cię wcześniej odbiorę” zamienia przedszkole w karę, a wcześniejszy odbiór w nagrodę. „Pani się zdenerwuje, jak będziesz płakać” przerzuca na wychowawczynię rolę straszaka, a przecież to ona ma się stać dla dziecka bezpieczną osobą. Zamiast tego lepiej nazwać emocję i ją przyjąć: „widzę, że jest ci smutno, kiedy wychodzę, rozumiem to, przyjdę po ciebie po podwieczorku”.

Nie warto też w obecności dziecka rozmawiać z innymi dorosłymi o tym, jak bardzo przeżywa adaptację, jak strasznie płakało i jak bardzo się martwicie. Dzieci słuchają znacznie uważniej, niż się wydaje, i z takich rozmów wyciągają prosty wniosek: skoro dorośli tak się przejmują, to przedszkole musi być straszne.

Dobrym pomysłem jest za to pytanie po powrocie o konkrety zamiast ogólnego „jak było?”, na które pada zwykle „nie wiem” albo „fajnie”. „Z kim się dziś bawiłeś?”, „co było na obiad?”, „w co graliście na dworze?” dają dziecku szansę opowiedzieć o dniu.

Regres, czyli kiedy duży przedszkolak znów jest maluchem

W pierwszych tygodniach przedszkola wielu rodziców zauważa u dziecka coś, co wygląda jak cofnięcie się w rozwoju. Maluch, który od dawna korzystał z toalety, zaczyna moczyć się w nocy albo w ciągu dnia. Trzylatek, który dobrze mówił, wraca do dziecięcego seplenienia. Pojawiają się trudności z zasypianiem, wybudzanie w nocy, żądanie smoczka czy butelki, które dawno poszły w odstawkę, albo potrzeba ciągłego noszenia na rękach.

Takie zachowania to dość typowa reakcja na stres i dużą zmianę. Dziecko, które w ciągu dnia musi być „duże” i radzić sobie bez rodzica, w domu potrzebuje odpocząć i znów poczuć się małe. Regres w czasie adaptacji zwykle mija sam, jeśli nie robi się z niego problemu. Zawstydzanie, kary za zmoczone łóżko czy porównywanie z rodzeństwem tylko przedłużają ten etap. Pomaga spokój, dodatkowa bliskość wieczorem i cierpliwość.

Jeśli jednak regres utrzymuje się wiele tygodni po tym, jak dziecko wydaje się już zaaklimatyzowane, albo pojawia się nagle po długim, spokojnym okresie, warto porozmawiać o tym z pediatrą. Czasem za moczeniem stoi na przykład infekcja dróg moczowych, a nie emocje.

Katar od września do kwietnia

To osobny rozdział przedszkolnego życia, na który rodzice często są zupełnie nieprzygotowani. Dziecko idzie do placówki, po tygodniu ma katar, po kolejnych dwóch kaszel, potem gorączkę, a gdy wraca, łapie następną infekcję. Wielu rodziców ma wrażenie, że ich maluch jest chory częściej, niż jest zdrowy, i zaczyna się martwić o jego odporność.

Tymczasem to zjawisko jest bardzo powszechne. Układ odpornościowy małego dziecka dopiero poznaje wirusy, z którymi dorośli zetknęli się wiele lat temu, a w grupie kilkunastu dzieci, które bawią się tymi samymi zabawkami i nie zawsze pamiętają o zasłanianiu ust, infekcje krążą bardzo szybko. Amerykańska Akademia Pediatrii podaje, że w ciągu pierwszych dwóch lat życia większość dzieci przechodzi około 8–10 przeziębień, a dzieci chodzące do żłobka czy przedszkola mogą chorować jeszcze częściej. W pierwszym sezonie w grupie nie jest więc niczym niezwykłym, że infekcja goni infekcję.

Dobra wiadomość jest taka, że z czasem zwykle robi się lepiej, bo dziecko „przerabia” kolejne wirusy. Nie ma natomiast dobrych dowodów na to, że drogie suplementy „na odporność” skrócą ten okres. Lepiej sprawdza się to, co zwykłe: sen, ruch na świeżym powietrzu, urozmaicone jedzenie, mycie rąk po powrocie do domu i szczepienia zgodnie z kalendarzem.

Ważna rzecz praktyczna: chore dziecko powinno zostać w domu, nawet jeśli rano wygląda całkiem nieźle. Rodzice pod presją pracy często posyłają malucha z gorączką zbitą lekiem albo z mocnym kaszlem, ale w ten sposób dziecko dłużej dochodzi do siebie, a infekcja przechodzi na kolejne dzieci. Każdy wrzesień warto więc zacząć od planu B: kto zostanie z chorym maluchem, gdy rodzice nie mogą wziąć wolnego. Babcia, dziadek, zaprzyjaźniona sąsiadka, a może podział dni między rodziców, z których jedno pracuje częściowo zdalnie. Ustalone wcześniej, oszczędza nerwowych telefonów o siódmej rano, kiedy termometr pokazuje 38,5 stopnia, a w kalendarzu czeka ważne spotkanie. Warto też pamiętać, że na chore dziecko do 14. roku życia przysługuje zasiłek opiekuńczy, a rodzice mogą się tym zwolnieniem dzielić.

Częste infekcje to nie powód do paniki, ale niektóre sygnały wymagają konsultacji z lekarzem. Należą do nich infekcje, po których dziecko w ogóle nie wraca do formy, słaby przyrost masy ciała, nawracające zapalenia płuc czy ciężki przebieg chorób.

Spokojne dziecko owinięte kocem siedzi na kanapie z chusteczką w ręku, obok kubek herbaty i książeczka
W pierwszym sezonie w przedszkolu infekcja często goni infekcję – chore dziecko powinno zostać w domu.

Popołudnie po przedszkolu

Wiele dzieci w przedszkolu trzyma się dzielnie przez cały dzień, a w domu wybucha. Płacz o źle pokrojoną kanapkę, histeria przy zakładaniu piżamy, kłótnia z rodzeństwem o nic. Rodzice bywają zaskoczeni, bo wychowawczyni opowiada, że dziecko było spokojne i chętnie się bawiło. To nie sprzeczność. Utrzymanie emocji na wodzy wśród obcych ludzi kosztuje małe dziecko mnóstwo energii, a w domu, przy osobach, którym ufa najbardziej, może wreszcie odpuścić. W pewnym sensie to wyraz zaufania, choć w praktyce bywa męczący.

Po przedszkolu przydaje się więc spokojny czas. Nie każde popołudnie musi być wypełnione zajęciami dodatkowymi, wizytami i zakupami. Wspólna przekąska, chwila przytulania na kanapie, spacer bez pośpiechu czy wieczorne czytanie pomagają dziecku zebrać się po dniu pełnym wrażeń. Wiele maluchów w okresie adaptacji potrzebuje też więcej snu, więc wcześniejsza pora kładzenia się do łóżka to dobry pomysł.

Adaptacja to czas wymagający także dla rodziców. Do zmartwień o dziecko dochodzi poranny pośpiech, niewyspanie przy nocnych pobudkach, częste zwolnienia lekarskie i poczucie winy, że zostawia się płaczącego malucha. Warto o tym rozmawiać z partnerem i dzielić się obowiązkami, w tym tymi niewidocznymi, jak pamiętanie o kapciach na zmianę, zebraniach i składce na teatrzyk. Jeśli zmęczenie trwa miesiącami i przestaje mijać po weekendzie, warto przyjrzeć się temu, co nazywa się wypaleniem rodzicielskim, i poszukać wsparcia.

Tata leży obok dziecka w łóżku i wieczorem czyta mu książeczkę przy ciepłym świetle lampki
Spokojny wieczór i więcej snu pomagają dziecku zebrać się po dniu pełnym wrażeń.

Kiedy porozmawiać z wychowawczynią lub psychologiem

Kontakt z wychowawczynią przydaje się od pierwszego dnia, nie tylko wtedy, gdy coś jest nie tak. Krótka wymiana zdań przy odbiorze, czyli jak dziecko jadło, czy spało, z kim się bawiło i jak długo płakało po wyjściu rodzica, pomaga zrozumieć, jak naprawdę wygląda jego dzień. Wychowawczynie często mówią, że płacz przy rozstaniu kończy się po kilku minutach, kiedy dziecko zajmie się zabawą. Jeśli tak jest, to bardzo dobra informacja, która pozwala rodzicowi spokojniej wyjść następnego dnia.

Warto też powiedzieć wychowawczyni o wszystkim, co może pomóc: jak dziecko się uspokaja, jak nazywa swoją przytulankę, czego się boi, czy w domu dzieje się coś ważnego. Przedszkole, które zna te szczegóły, łatwiej zareaguje, gdy maluchowi będzie trudno.

Są jednak sygnały, przy których nie warto czekać, aż samo przejdzie. Jeśli po dwóch, trzech miesiącach dziecko wciąż każdego dnia rozpacza, nie je, nie śpi i nie nawiązuje kontaktu z innymi dziećmi, warto skonsultować się z psychologiem. Podobnie, gdy pojawiają się silne lęki, bóle brzucha przed każdym wyjściem z domu, wyraźne wycofanie albo agresja, której wcześniej nie było. Większość przedszkoli ma psychologa, a bezpłatną pomoc oferują też poradnie psychologiczno-pedagogiczne. To nie oznacza, że coś jest z dzieckiem nie tak. Czasem wystarczy kilka zmian w organizacji dnia, innym razem okazuje się, że dziecko potrzebuje jeszcze trochę czasu albo innej grupy.

Niepokój powinno też budzić, jeśli dziecko opowiada o sytuacjach, w których czuje się źle traktowane przez dorosłych lub dzieci, albo jeśli jego zachowanie zmienia się nagle i bez wyraźnej przyczyny. Wtedy rozmowa z dyrekcją przedszkola jest nie tylko uprawniona, ale konieczna.

Pytania, które rodzice zadają najczęściej

Na koniec krótko o sprawach, które co roku wracają w rozmowach w szatni.

Czy trzylatek musi chodzić do przedszkola?

Nie. Dziecko w wieku od 3 do 5 lat ma prawo do miejsca w przedszkolu, a gmina powinna mu je zapewnić, ale nie ma takiego obowiązku. Obowiązkowe jest dopiero roczne przygotowanie przedszkolne w roku, w którym dziecko kończy 6 lat. Decyzja, kiedy zacząć, należy do rodziców.

Czy lepiej zacząć od kilku godzin, czy od razu od całego dnia?

Jeśli to możliwe, stopniowe wydłużanie pobytu w pierwszych dniach zwykle ułatwia adaptację. Dziecko poznaje miejsce w mniejszych porcjach i szybciej przekonuje się, że rodzic naprawdę wraca. Nie każda rodzina ma jednak taką możliwość i dzieci adaptują się także przy pełnym dniu od początku.

Co zrobić, gdy dziecko płacze tylko przy jednym z rodziców?

To częste i nie świadczy o tym, że ten rodzic robi coś źle. Z jedną osobą dziecko może być bardziej związane emocjonalnie albo wyczuwać jej większe napięcie przy rozstaniu. Jeśli to możliwe, na pewien czas warto, by do przedszkola odprowadzał je rodzic, z którym rozstanie przebiega spokojniej.

Czy po chorobie i tygodniu w domu adaptacja zaczyna się od nowa?

Częściowo tak. Po dłuższej przerwie wiele dzieci znów ma trudniejsze poranki, ale zwykle ten nawrót jest krótszy niż pierwsza adaptacja. Pomaga powrót do stałego rytmu i tego samego rytuału pożegnania.

Powiązane artykuły

Zostaw komentarz