Strona główna » Hygge po polsku. Przytulne mieszkanie na jesień bez wydawania fortuny

Hygge po polsku. Przytulne mieszkanie na jesień bez wydawania fortuny

Autor: Joanna Wrona
Przytulny salon o zmierzchu z ciepłym światłem lamp, kocem na lnianej kanapie i zapalonymi świecami na drewnianym stoliku

Ciepłe światło lampy, koc na kanapie, kubek herbaty i nigdzie nie trzeba się spieszyć. Duńczycy mają na to jedno słowo, które kilka lat temu podbiło cały świat. Dobra wiadomość jest taka, że hygge nie wymaga katalogowego mieszkania ani nowych mebli, a jego polska wersja może kosztować naprawdę niewiele.

Jesień to najlepszy moment, żeby o tym pomyśleć. Dni robią się krótsze, po pracy za oknem jest już ciemno, a mieszkanie, które latem służyło głównie do spania i przebierania się między wyjściami, nagle staje się miejscem, w którym spędzamy większość wolnego czasu. Od tego, jak się w nim czujemy, zależy całkiem sporo: czy wieczór będzie odpoczynkiem, czy tylko przeczekaniem do snu.

Zanim jednak wybierzesz się na zakupy po koce i świeczniki, warto zrozumieć, o co w tym całym hygge naprawdę chodzi. Bo w swojej pierwotnej wersji to coś zupełnie innego niż lista rzeczy do kupienia.

Czym właściwie jest hygge

Słowo hygge pochodzi z języka duńskiego, choć jego korzenie sięgają staronordyckiego, w którym podobnie brzmiący wyraz oznaczał mniej więcej dobre samopoczucie i poczucie bezpieczeństwa. Wymawia się je w przybliżeniu jak „hju-ge”, a nie „hajgi”, jak często słychać w Polsce. Trudno je przetłumaczyć jednym słowem. Najbliżej są określenia takie jak przytulność, swojskość, błogi spokój, poczucie bycia „u siebie”. Duńczycy używają go zarówno jako rzeczownika, jak i przymiotnika: wieczór może być hyggelig, rozmowa może być hyggelig, nawet ktoś może być hyggelig, czyli miły, ciepły i niewymagający.

W Danii hygge to nie trend, tylko część codzienności, ukształtowana przez klimat. Zimy są tam długie, ciemne i wilgotne, a słońce w grudniu potrafi zachodzić już po piętnastej. Przez wieki ludzie szukali więc sposobów, żeby ten czas nie był tylko przetrwaniem. Stąd zamiłowanie do świec, lampek w każdym kącie, wspólnych posiłków przy długim stole i wieczorów spędzanych w małym gronie. Duńczycy należą do narodów, które palą najwięcej świec w Europie, i trudno się temu dziwić, gdy przez kilka miesięcy w roku za oknem panuje szarówka.

Świat usłyszał o hygge na dobre około 2016 roku. Ukazało się wtedy kilkadziesiąt książek na ten temat, w tym bardzo popularna „Hygge. Duńska sztuka szczęścia” Meika Wikinga, szefa kopenhaskiego Instytutu Badań nad Szczęściem. Słowo trafiło nawet do ścisłej czołówki kandydatów na słowo roku według Oxford Dictionaries i przegrało dopiero z „post-truth”, czyli „postprawdą”, o czym pisał wówczas duński serwis The Local. Popularność miała jednak swoją cenę. Hygge szybko stało się etykietą marketingową, którą przyklejano do świec, swetrów, kubków i poduszek, a w mediach społecznościowych zaczęło kojarzyć się głównie z idealnymi zdjęciami wnętrz w beżach.

Tymczasem sami Duńczycy często podkreślają, że hygge to przede wszystkim atmosfera i bycie razem, a nie konkretne przedmioty. Można go doświadczyć w ciasnej kuchni z niepasującymi do siebie krzesłami, w namiocie na kempingu albo na ławce przed domem z termosem herbaty. Rzeczy mogą pomóc, ale nie są warunkiem koniecznym. To zresztą dobra wiadomość dla każdego, kto nie ma ochoty ani budżetu na urządzanie mieszkania od nowa.

Podobne pojęcia mają też sąsiedzi Duńczyków. Norwegowie mówią o koselig, czyli przytulności kojarzonej z domem, kominkiem i spotkaniami, a Szwedzi o lagom, co oznacza mniej więcej „w sam raz”, ani za dużo, ani za mało. Po hygge świat zaczął zresztą masowo szukać kolejnych skandynawskich słów-kluczy do szczęśliwego życia, co samych Skandynawów czasem bawi. Wszystkie te pojęcia łączy jednak coś, co warto zapamiętać: umiar, prostota i przekonanie, że dobre życie składa się raczej z drobnych przyjemności niż z wielkich wydarzeń.

Dlaczego to działa właśnie jesienią

Kiedy latem wracamy do domu o dwudziestej, za oknem wciąż jest jasno i ciepło, a mieszkanie traktujemy trochę jak bazę wypadową. Jesienią proporcje się odwracają. Większość wolnego czasu spędzamy w czterech ścianach, często przy sztucznym świetle, i to właśnie wtedy widać, czy dom pomaga nam odpocząć, czy raczej przypomina poczekalnię. Zimne, jasne światło z jednej lampy pod sufitem, telewizor grający w tle i stos rzeczy na krześle nie sprzyjają wyciszeniu, nawet jeśli nie zawsze to sobie uświadamiamy.

Hygge proponuje coś bardzo prostego: zamiast walczyć z ciemnością, potraktować ją jako okazję. Długi wieczór to czas na wolniejsze tempo, rozmowy, czytanie, gotowanie bez pośpiechu. Nie trzeba niczego produktywnie „wykorzystać”. Wystarczy stworzyć warunki, w których łatwiej się zatrzymać.

Krótkie, ciemne dni wpływają zresztą nie tylko na nastrój, ale też na poziom energii. Wiele osób jesienią szybciej się męczy, ma ochotę wcześniej iść spać i trudniej im się zmobilizować do wyjścia z domu. To normalna reakcja organizmu na mniejszą ilość światła, o której więcej piszemy w tekście o tym, dlaczego jesienią ciągle chce się spać. Hygge nie jest na to lekarstwem, ale pomaga przyjąć ten wolniejszy rytm bez poczucia winy i zrobić z niego coś przyjemnego, zamiast przez pół roku czekać na wiosnę. Jeśli jednak obniżony nastrój trwa tygodniami, odbiera radość ze wszystkiego i utrudnia codzienne funkcjonowanie, warto porozmawiać o tym z lekarzem, bo żaden koc nie zastąpi pomocy specjalisty.

Jest w tym też coś z rytuału. Zapalenie lampki po powrocie z pracy, zrobienie herbaty w ulubionym kubku, przebranie się w wygodny sweter działają jak sygnał dla głowy, że dzień pracy się skończył. Psycholodzy od dawna zwracają uwagę, że takie powtarzalne, drobne czynności pomagają oddzielać różne części dnia, co ma znaczenie szczególnie wtedy, gdy praca i odpoczynek dzieją się w tym samym mieszkaniu.

Nie chodzi przy tym o to, by co wieczór urządzać sesję zdjęciową.

Chodzi raczej o to, żeby w domu było choć jedno miejsce i choć jedna pora dnia, które kojarzą się z odpoczynkiem. Reszta przychodzi z czasem.

Dłonie kobiety w kremowym swetrze trzymają parujący ceramiczny kubek herbaty, na kolanach koc
Rytuał po powrocie do domu – herbata, sweter i koc – pomaga głowie zakończyć dzień pracy.

Przytulnie bez remontu – od czego zacząć

Większość zmian, które sprawiają, że mieszkanie wydaje się cieplejsze i bardziej przyjazne, nie wymaga ani remontu, ani dużych wydatków. Warto zacząć od tych obszarów, które dają największy efekt najmniejszym kosztem.

Światło – najważniejsza i najtańsza zmiana

Jeśli miałabyś zmienić tylko jedną rzecz, niech to będzie oświetlenie. Duńczycy rzadko polegają na jednym mocnym źródle światła pod sufitem. Zamiast tego w pokoju świeci kilka mniejszych lamp na różnych wysokościach: stojąca przy fotelu, mała na komodzie, lampka na parapecie, łańcuch światełek na regale. Światło jest rozproszone, punktowe i ciepłe, a w pokoju pojawiają się przytulne zakamarki i cienie zamiast równomiernej, biurowej jasności.

Przy wyborze żarówek zwróć uwagę na barwę światła podawaną w kelwinach. Wartości w okolicach 2700 K to ciepła biel, zbliżona do tradycyjnej żarówki, która dobrze sprawdza się w salonie i sypialni. Wyższe wartości, od około 4000 K wzwyż, dają światło chłodniejsze, lepsze do pracy w kuchni czy przy biurku, ale wieczorem w pokoju dziennym potrafią sprawić, że wnętrze wygląda surowo. Wymiana kilku żarówek na ciepłe i dodanie jednej, dwóch lampek to często większa zmiana niż nowa kanapa. Dobrym pomysłem są też ściemniacze albo żarówki z regulacją jasności, które pozwalają wieczorem stopniowo przyciemniać mieszkanie.

Osobny temat to świece. Bez nich trudno wyobrazić sobie duński wieczór, ale trzeba podchodzić do nich z rozsądkiem. Nigdy nie zostawiaj zapalonej świecy bez nadzoru, stawiaj ją na stabilnej, niepalnej podstawce, z dala od firan, zasłon, roślin i półek z książkami, i pilnuj, żeby nie miały do niej dostępu dzieci ani zwierzęta. Jeśli te warunki trudno spełnić, na przykład w małym mieszkaniu z kotem, który chodzi po wszystkich meblach, dobrą alternatywą są świece LED. Dają podobny klimat i nie stwarzają ryzyka pożaru.

Tkaniny i faktury

Drugi filar przytulności to tekstylia. Gruby koc przewieszony przez oparcie kanapy, kilka poduszek w różnych fakturach, wełniany pled w nogach łóżka, dywan, na którym przyjemnie postawić bose stopy. To właśnie faktury – wełna, len, sztruks, dzianina, bawełna z grubym splotem – sprawiają, że wnętrze wydaje się miękkie i zachęca do tego, by w nim usiąść albo się położyć.

Nie trzeba od razu wymieniać wszystkiego. Często wystarczy wyciągnąć z szafy koce i swetry, które leżały tam od zeszłej zimy, zmienić letnią, cienką narzutę na cięższą, a poszewki poduszek w chłodnych kolorach na cieplejsze: rdzawe, musztardowe, karmelowe, butelkowo zielone. Kolory ziemi i naturalne odcienie dobrze się ze sobą łączą, więc nie trzeba się martwić, że coś do siebie nie pasuje.

Zapach i kuchnia

Przytulny dom to także dom, który pachnie. Nie musi to oznaczać kupowania odświeżaczy powietrza czy drogich świec zapachowych. Najbardziej hyggelig zapach w mieszkaniu to zapach czegoś, co właśnie się piecze albo gotuje. Szarlotka, drożdżowe bułeczki z cynamonem, gulasz, który przez kilka godzin powoli dusi się w garnku, zupa na zimny wieczór – to nie tylko jedzenie, ale też cała atmosfera wokół niego.

Duńczycy przywiązują dużą wagę do wspólnego gotowania i jedzenia przy stole, bez telefonów i telewizora w tle. Nie chodzi o wykwintne potrawy, tylko o to, by posiłek był okazją do bycia razem. Dobrym pomysłem jest choćby niedzielne pieczenie ciasta z dziećmi albo wieczór, na który każdy z domowników przygotowuje jedną część kolacji.

Do tego coś ciepłego do picia. Herbata z sokiem malinowym, napar z imbirem i cytryną, kakao albo grzane jabłko z goździkami i cynamonem to w polskich domach klasyka, która świetnie wpisuje się w ideę hygge. Ulubiony kubek, który przyjemnie trzyma się w dłoniach, ma tu większe znaczenie, niż mogłoby się wydawać. Duńczycy lubią podkreślać, że przytulność składa się właśnie z takich drobiazgów: ciężaru ceramicznego kubka, zapachu cynamonu, ciepła koca na kolanach.

Kącik tylko dla siebie

W duńskich domach często pojawia się hyggekrog, czyli kącik do wyciszenia. Może to być fotel z lampą i małym stolikiem na herbatę, szeroki parapet wyłożony poduszkami albo róg kanapy z kocem i stosem książek pod ręką. Nie potrzeba do tego osobnego pokoju. Wystarczy jedno miejsce, które kojarzy się z odpoczynkiem i w którym nie pracujesz, nie odpisujesz na maile i nie przeglądasz rachunków.

Taki kącik działa szczególnie dobrze w małym mieszkaniu, w którym jeden pokój jest jednocześnie salonem, biurem i jadalnią. Wyraźne oddzielenie strefy odpoczynku, choćby tylko innym światłem i kocem, pomaga głowie przestawić się po pracy.

Rośliny i trochę natury

Ostatni element to natura w domu. Rośliny doniczkowe ożywiają wnętrze i sprawiają, że nawet w listopadzie mieszkanie nie wydaje się szare. Jesienią i zimą potrzebują jednak innej opieki niż latem: mniej wody, więcej światła, z dala od gorących kaloryferów. Szczegółowo opisujemy to w tekście o błędach w pielęgnacji roślin doniczkowych jesienią.

Poza roślinami świetnie sprawdzają się rzeczy przyniesione ze spaceru: gałązki z kolorowymi liśćmi w wazonie, szyszki w misce, kasztany na parapecie, suszone trawy. Kosztują zero złotych, a zmieniają się razem z porami roku, więc dom nie wygląda wciąż tak samo. Naturalne materiały, takie jak drewno, wiklina, ceramika czy kamień, podkreślają ten efekt i świetnie łączą się z ciepłym światłem.

Ceramiczny wazon z gałązkami kolorowych jesiennych liści, miska z szyszkami i kasztanami na starej drewnianej komodzie
Gałązki, szyszki i kasztany ze spaceru kosztują zero złotych, a zmieniają się razem z porą roku.

Hygge to także ludzie, nie tylko rzeczy

Gdyby hygge sprowadzało się do koców i świec, wystarczyłoby pójść do sklepu z dekoracjami. Tymczasem jego najważniejszym składnikiem są ludzie i sposób, w jaki spędzamy z nimi czas. Duńczycy cenią spotkania w małym gronie, przy jedzeniu, rozmowie i grach planszowych, bez wielkiego przygotowania i bez poczucia, że trzeba zrobić na kimś wrażenie. Nikt nie oczekuje wykwintnego menu ani idealnie wysprzątanego mieszkania. Ważniejsze jest to, że wszyscy czują się swobodnie.

To podejście może być wyzwolające, zwłaszcza dla osób, które odkładają zaproszenie znajomych, bo „najpierw trzeba posprzątać” albo „nie ma czym ugościć”. Garnek zupy, chleb, ser i herbata wystarczą na udany wieczór. Wspólne gotowanie, gdy każdy przynosi coś od siebie, jest jeszcze prostsze i często daje więcej radości niż kolacja podana przez jedną zmęczoną gospodynię.

Częścią hygge jest też obecność. Trudno mówić o przytulnym wieczorze, jeśli każdy siedzi z nosem w telefonie, a w tle gra telewizor. Nie trzeba od razu wprowadzać radykalnych zakazów, ale warto spróbować choćby jednego wieczoru w tygodniu, kiedy telefony lądują w innym pokoju. Więcej pomysłów na to, jak ograniczyć czas przed ekranem bez wielkich postanowień, znajdziesz w artykule o cyfrowym detoksie na co dzień.

Hygge można też praktykować w pojedynkę. Długa kąpiel, książka pod kocem, robótka na drutach, układanie puzzli przy muzyce, list pisany odręcznie do przyjaciółki. Ważne, żeby było to coś, co sprawia przyjemność samo w sobie, a nie kolejny punkt na liście zadań. Jeśli brakuje ci inspiracji, zajrzyj do naszej listy pomysłów na długie jesienne wieczory.

Dobrze jest też pamiętać, że przytulność nie wyklucza ruchu i świeżego powietrza. Duńczycy, mimo zamiłowania do domowych wieczorów, bardzo dużo czasu spędzają na zewnątrz i jeżdżą na rowerach niemal przy każdej pogodzie. Spacer po zmroku, a potem powrót do ciepłego mieszkania i gorąca herbata to w gruncie rzeczy esencja hygge.

Jeśli chcesz spróbować w praktyce, zaproś w najbliższy weekend dwie, trzy bliskie osoby na prosty wieczór. Ugotuj jedno danie w dużym garnku, wyciągnij planszówkę albo talię kart, przygaś światło i umówcie się, że telefony zostają w kurtkach. Taki wieczór nie wymaga ani wielkiego sprzątania, ani wydatków, a często zostaje w pamięci na dłużej niż wyjście do restauracji.

Troje przyjaciół gra w planszówkę przy drewnianym stole, na stole garnek zupy, chleb i świece
Garnek zupy, planszówka i telefony w kurtkach – hygge to przede wszystkim ludzie.

Polska wersja za grosze

Najczęstszy błąd przy urządzaniu przytulnego wnętrza to przekonanie, że trzeba kupić dużo nowych rzeczy. Tymczasem prawdziwe hygge jest raczej skromne niż wystawne i bardzo dobrze znosi przedmioty z historią. Zanim cokolwiek kupisz, przejdź się po własnym mieszkaniu i zobacz, co już masz. Koc z szafy, lampka z sypialni przeniesiona do salonu, świeczniki po babci, ceramika z wakacji, książki, które od dawna chciałaś przeczytać – to często wystarczy, żeby zmienić klimat pokoju.

Najlepszym sprzymierzeńcem budżetowego hygge są rzeczy z drugiej ręki. Na pchlich targach, w sklepach z używaną odzieżą i na portalach z ogłoszeniami można znaleźć wełniane pledy, lniane obrusy, kamionkowe kubki, stare lampy i drewniane meble za ułamek ceny nowych. Takie przedmioty mają charakter, którego brakuje produktom z sieciówek, i dobrze wpisują się w duńską ideę prostoty. Przy okazji są też bardziej przyjazne środowisku.

Warto też pomyśleć, czego nie kupować. Dekoracje z napisami „hygge” czy „cozy”, sztuczne futra w kilku kolorach naraz, piętnaście świec zapachowych o różnych aromatach, które razem tworzą raczej mieszankę niż przyjemny zapach – to wszystko łatwo kupić pod wpływem chwili, a trudno potem dopasować do mieszkania. Lepiej wybrać mniej rzeczy, ale takich, które naprawdę lubisz i których będziesz używać.

Przytulność nie musi też kończyć się na salonie. W sypialni wystarczy ciepła lampka nocna zamiast górnego światła, cięższa kołdra albo wełniany pled i kilka poduszek, a z szafki nocnej warto usunąć wszystko, co przypomina o pracy. W kuchni sprawdzi się mała lampa na blacie, która pozwala wieczorem nie zapalać ostrego światła nad całym pomieszczeniem, drewniana deska z chlebem i miska z jabłkami na widoku. Przedpokój, który zwykle traktujemy po macoszemu, zyskuje dzięki ciepłej żarówce, wygodnej ławeczce i koszowi na szaliki i czapki. Nawet łazienkę można ocieplić miękkim ręcznikiem, świecą LED i rośliną, która lubi wilgoć. Każda z tych zmian to wydatek rzędu kilkudziesięciu złotych, a razem sprawiają, że całe mieszkanie zaczyna mówić jednym, spokojnym językiem.

Jeśli zastanawiasz się, czy hygge pasuje do tego, co obecnie dzieje się w aranżacji wnętrz, odpowiedź brzmi: jak najbardziej. Naturalne materiały, ciepłe kolory ziemi, światło punktowe i miękkie faktury to także ważne kierunki opisywane w trendach wnętrzarskich na 2027 rok. Tyle że w duńskim wydaniu nie chodzi o modę, tylko o to, żeby w domu po prostu dobrze się żyło.

Na koniec prosty test. Wieczorem zgaś górne światło, zapal dwie lampki, zrób herbatę i usiądź na dziesięć minut w ulubionym miejscu bez telefonu. Jeśli poczujesz, że coś w tobie zwalnia, to znaczy, że jesteś na dobrej drodze.

Bo hygge zaczyna się właśnie od takich chwil, nie od zakupów.

Powiązane artykuły

Zostaw komentarz