Zapach, który w lipcu wydawał się idealny, w listopadzie nagle znika po godzinie. To nie wina flakonu, tylko pogody.
Dlaczego zimą pachniemy inaczej
Perfumy to mieszanina substancji o różnej lotności, a ich zachowanie mocno zależy od temperatury. W upale cząsteczki zapachowe parują szybko, więc nawet lekka kompozycja jest wyraźnie wyczuwalna i otacza nas jak obłok. W chłodzie dzieje się odwrotnie: zapach rozwija się wolniej, słabiej „niesie się” w powietrzu i szybciej znika z zasięgu nosa. Dlatego świeże, cytrusowe i zielone kompozycje, które latem są wyraźne i radosne, jesienią często wydają się ledwie wyczuwalne, jakby ktoś przykręcił im głośność.
Na trwałość wpływa też skóra. Zimą, przez mróz na zewnątrz i suche powietrze z kaloryferów, jest bardziej przesuszona, a na suchej skórze perfumy zwykle utrzymują się krócej. Do tego dochodzą warstwy ubrań – zapach nałożony na szyję i nadgarstki chowa się pod szalikiem i swetrem.
Jest jeszcze jedno zjawisko, o którym mało kto wie, a które sprawia, że wydaje nam się, że perfumy „nie działają”. Nasz nos bardzo szybko przyzwyczaja się do zapachów, które nas stale otaczają. Po kilkunastu minutach przestajemy czuć własne perfumy, choć osoby wokół nas wciąż je wyczuwają, czasem całkiem wyraźnie. To dlatego tak łatwo przesadzić z dokładaniem kolejnych psiknięć w ciągu dnia. Zanim sięgniesz po flakon ponownie, zapytaj bliską osobę, czy zapach wciąż jest wyczuwalny – często okazuje się, że jak najbardziej, i że dodatkowa porcja byłaby po prostu za dużo dla otoczenia.
Nie bez znaczenia jest też nastrój. Krótkie, szare dni sprawiają, że wiele osób szuka w zapachach ciepła, otulenia i komfortu. To dlatego jesienią tak dobrze sprawdzają się kompozycje, które kojarzą się z kocem, kubkiem kakao, kominkiem czy świeżo upieczonym ciastem. Perfumy przestają być tylko dodatkiem, a stają się sposobem na poprawę samopoczucia w ciemny poranek.
Trochę jak z ubraniami. Latem lniana koszula, zimą gruby sweter.
Nie trzeba przy tym od razu kupować nowej kolekcji flakonów. Często wystarczy przestawić letnie zapachy na tylną półkę, a z szafy wyciągnąć te, które leżały od marca. Jesienią i zimą zupełnie inaczej odbiera się też zapachy, które latem wydawały się zbyt ciężkie – warto dać im drugą szansę, bo w chłodnym powietrzu potrafią pachnieć łagodniej i ciekawiej niż w upale.

Nuty, które grzeją
Każde perfumy mają swoją piramidę zapachową. Nuty głowy czujemy od razu po aplikacji i znikają najszybciej, zwykle w ciągu kilkunastu minut. Nuty serca to charakter zapachu, który rozwija się przez kolejne godziny. Nuty bazy są najcięższe, najwolniej parują i to one zostają na skórze i ubraniach najdłużej. W kompozycjach na jesień i zimę zazwyczaj właśnie baza gra pierwsze skrzypce. Oto nuty, które najczęściej się w nich pojawiają.
Wanilia i bób tonka to klasyka ciepłych zapachów. Wanilia bywa słodka i deserowa, ale w dobrych kompozycjach jest też kremowa, lekko dymna albo drzewna. Bób tonka pachnie jak połączenie wanilii, migdałów i siana, dodając zapachowi miękkości. Ambra w perfumerii to zwykle akord, czyli kompozycja kilku składników, która daje ciepły, żywiczny, lekko pudrowy efekt. Najczęściej to właśnie ona odpowiada za wrażenie „otulenia”, o które pytamy w perfumerii. Drzewa – sandałowiec, cedr, drzewo gwajakowe – nadają kompozycji szlachetności i suchego ciepła, a sandałowiec dodatkowo kremowości. Paczula kojarzy się z latami siedemdziesiątymi, ale we współczesnych perfumach jest zwykle oczyszczona, ziemista i elegancka.
Do tego dochodzą przyprawy: cynamon, kardamon, goździk, pieprz czy szafran, które dodają kompozycjom pikanterii i kojarzą się z zimowymi napojami i świętami. Kadzidło i mirra wnoszą nastrój ciszy i dymu, a oud, czyli żywica z drzewa agarowego, jest intensywny, głęboki i lubiany przez osoby, które chcą, żeby zapach zostawał w pamięci. Coraz popularniejsze są też gourmandy, czyli kompozycje „jadalne”, z nutami karmelu, kawy, kakao, pralin czy pieczonych jabłek. Mają wiernych fanów i równie zagorzałych przeciwników – zanim kupisz cały flakon, warto ponosić taki zapach przez dzień.
Nie trzeba od razu sięgać po najcięższe kompozycje. Wiele osób dobrze czuje się w zapachach, które łączą ciepłą bazę z czymś świeższym: cytrusami, różą, irysem czy nutami herbaty. Dają poczucie komfortu, ale nie przytłaczają w biurze czy w zatłoczonym autobusie. Ciężkie, słodkie i bardzo intensywne zapachy lepiej zostawić na wieczór i wyjścia, kiedy są otoczone przestrzenią, a nie zamknięte w małym pokoju z pięcioma osobami.
Przy wyborze nowego zapachu w perfumerii łatwo się pogubić. Po trzecim, czwartym flakonie nos przestaje rozróżniać nuty i wszystko zaczyna pachnieć podobnie. Popularna rada, by „wyzerować” węch, wąchając ziarna kawy, nie ma mocnego uzasadnienia – lepiej po prostu zrobić przerwę, wyjść na chwilę na świeże powietrze albo powąchać własny rękaw ze swetra, czyli coś, co pachnie znajomo i neutralnie. Rozsądnie jest testować najwyżej trzy zapachy podczas jednej wizyty: jeden na papierowym blotterze, dwa na skórze, na różnych nadgarstkach.
Warto też myśleć o tym, gdzie zapach będzie noszony. W biurze, szkole czy przychodni lepiej sprawdzają się kompozycje subtelne, które czuć z bliska, a nie z drugiego końca pokoju. Część osób źle znosi intensywne zapachy, a u niektórych mogą one wywoływać ból głowy. Na wieczór, randkę czy przyjęcie można sobie pozwolić na więcej.
A jeśli myślisz o perfumach jako prezencie pod choinkę, pamiętaj, że to jeden z najbardziej osobistych podarunków. Zapach, który zachwyca ciebie, na skórze obdarowanej osoby może pachnieć zupełnie inaczej. Bezpieczniej jest kupić coś z nutami, które ona już lubi i nosi, albo zestaw miniatur do przetestowania. Dobrym rozwiązaniem bywa też karta podarunkowa do perfumerii, z którą obdarowana sama wybierze zapach po kilku dniach testowania próbek.
Żeby zapach został z tobą dłużej
Kilka prostych nawyków potrafi wyraźnie wydłużyć trwałość perfum, zwłaszcza zimą. Pierwszy to nawilżona skóra. Perfumy aplikowane zaraz po kąpieli, na skórę posmarowaną bezzapachowym balsamem lub kremem, zwykle trzymają się dłużej niż na suchej skórze. Jeśli zapach ma odpowiednik w formie balsamu, łączenie ich to najprostszy sposób na wzmocnienie efektu, choć zwykły, neutralny krem też dobrze się sprawdza.
Drugi nawyk dotyczy miejsc aplikacji. Klasyczne punkty, czyli nadgarstki, zgięcia łokci, szyja za uszami i dekolt, są ciepłe, więc zapach dobrze się z nich unosi. Zimą warto jednak dodać jeszcze jedno miejsce: szal lub sweter. Wełna i kaszmir świetnie trzymają zapach, czasem nawet przez kilka dni. Uważaj tylko na delikatne i jasne tkaniny, bo niektóre perfumy mogą zostawić plamy – lepiej najpierw sprawdzić na mało widocznym kawałku. Po aplikacji nie pocieraj nadgarstków o siebie. Ten nawyk przyspiesza ulatnianie się najlżejszych nut i zmienia sposób, w jaki zapach się rozwija.
Ma znaczenie także stężenie. Woda perfumowana zawiera zwykle więcej substancji zapachowych niż woda toaletowa, więc jest trwalsza i lepiej sprawdza się w zimnie. Jeśli twoja ulubiona letnia woda toaletowa zimą znika po godzinie, poszukaj jej w wersji perfumowanej albo zabierz ze sobą małą, podróżną buteleczkę do poprawek w ciągu dnia.
Ile psiknięć to w sam raz? Nie ma jednej odpowiedzi, bo kompozycje bardzo różnią się intensywnością. Przy wodzie perfumowanej zwykle wystarczą dwa, trzy psiknięcia, przy bardzo ciężkich, gęstych zapachach nawet jedno. Lepiej zacząć od mniejszej ilości i dołożyć, niż przez cały dzień przepraszać współpracowników.
Jesień to też dobry czas na eksperymenty z łączeniem zapachów, czyli tak zwany layering. Prosty, jednonutowy zapach, na przykład czysta wanilia albo drzewo sandałowe, nałożony pod twoje ulubione perfumy, potrafi nadać im cieplejszy, bardziej zimowy charakter. Zasada jest jedna: najpierw nakładamy zapach cięższy, potem lżejszy. I nie łączymy więcej niż dwóch, bo zamiast ciekawej kompozycji wyjdzie chaos.
Mniej często znaczy lepiej.
Najprostszy sposób na zmarnowanie perfum to trzymanie ich w łazience. Ciepło, wilgoć i światło przyspieszają rozkład kompozycji, a zapach z czasem traci świeżość i zmienia charakter. Flakony najlepiej przechowywać w szafce lub szufladzie, w stałej, umiarkowanej temperaturze, z dala od kaloryferów i parapetów nasłonecznionych okien. Oryginalne pudełko to wbrew pozorom całkiem dobra ochrona.
I ostatnia rada: nie oceniaj perfum po pierwszym psiknięciu na blotter w sklepie. Na papierze zapach zachowuje się inaczej niż na skórze, a prawdziwy charakter kompozycji poznasz dopiero po godzinie czy dwóch, gdy rozwiną się nuty serca i bazy. Najlepiej poprosić o próbkę, ponosić ją przez cały dzień i dopiero wtedy zdecydować. Jesienią i zimą to szczególnie ważne, bo właśnie wtedy na pierwszy plan wychodzą najbardziej osobiste, ciepłe nuty, które na każdej skórze pachną trochę inaczej.
