Dostałaś awans, pochwałę albo nową, ważną rolę, a zamiast radości czujesz ścisk w żołądku i jedną myśl: zaraz wszyscy się zorientują, że się do tego nie nadaję. Jeśli to brzmi znajomo, nie jesteś wyjątkiem. To zjawisko ma swoją nazwę, dość długą historię i zaskakująco wiele wspólnego z miejscem, w którym pracujesz.
Syndrom oszusta to potoczna nazwa uporczywego przekonania, że własne sukcesy są dziełem przypadku, szczęścia albo cudzej pomyłki, a nie kompetencji. Osoba, która go doświadcza, nie kłamie i nikogo nie oszukuje. Ona tylko tak się czuje. Może mieć za sobą dyplomy, lata doświadczenia i dobre opinie przełożonych, a i tak żyje w napięciu, jakby jej kariera była domkiem z kart, który rozsypie się przy pierwszym trudniejszym pytaniu na spotkaniu.
Najbardziej paradoksalne jest to, że to uczucie rzadko dotyka osób, które naprawdę nie radzą sobie w pracy. Przeciwnie: częściej pojawia się u tych, którym idzie dobrze.
Skąd wzięła się ta nazwa
Termin ukuły w 1978 roku dwie amerykańskie psycholożki, Pauline Clance i Suzanne Imes. W artykule opublikowanym w czasopiśmie „Psychotherapy: Theory, Research & Practice” opisały doświadczenia ponad 150 kobiet, z którymi pracowały przez kilka lat w terapii. Były wśród nich studentki, doktorantki, wykładowczynie akademickie i kobiety na wysokich stanowiskach. Łączyło je jedno: mimo obiektywnych osiągnięć były przekonane, że nie są tak inteligentne ani kompetentne, jak myślą o nich inni, i że prędzej czy później zostaną „zdemaskowane”.
Autorki nazwały to zjawiskiem oszusta (ang. impostor phenomenon), a nie syndromem. To ważne rozróżnienie. Ich praca była opisem obserwacji z gabinetu, a nie badaniem z grupą kontrolną, i nie miała na celu stworzenia nowej jednostki chorobowej. Do dziś syndrom oszusta nie jest diagnozą: nie znajdziesz go ani w amerykańskiej klasyfikacji zaburzeń psychicznych DSM, ani w międzynarodowej klasyfikacji ICD. To raczej wzorzec myślenia i przeżywania, który może być bardzo uciążliwy, ale sam w sobie nie jest chorobą.
Słowo „syndrom” przylgnęło do niego później, w mediach i poradnikach, bo brzmi poważniej i lepiej się klika. Psycholodzy wciąż częściej mówią o zjawisku albo poczuciu bycia oszustem. W tym tekście używamy obu nazw zamiennie, bo tak funkcjonują w języku, ale warto pamiętać, że nie chodzi o nic, co trzeba „wyleczyć” jak infekcję.
Myśli, które brzmią znajomo
Poczucie bycia oszustem ma kilka charakterystycznych wątków. Pierwszy to przypisywanie sukcesów czynnikom zewnętrznym. Projekt się udał, bo zespół był dobry. Egzamin poszedł dobrze, bo pytania były łatwe. Awans dostałam, bo nikt inny się nie zgłosił. Porażki, nawet drobne, przypisuje się natomiast wyłącznie sobie i traktuje jako dowód, że „prawda wychodzi na jaw”.
Drugi wątek to lęk przed oceną. Każda prezentacja, rozmowa kwalifikacyjna czy nowe zadanie są jak egzamin, na którym może wydać się wszystko. Wiele osób radzi sobie z tym napięciem na jeden z dwóch sposobów. Albo przygotowuje się z ogromnym nadmiarem, siedząc nad prezentacją do drugiej w nocy, albo odkłada pracę do ostatniej chwili, a potem w panice nadrabia. Kiedy zadanie mimo to kończy się sukcesem, pojawia się chwilowa ulga, ale nie zmiana przekonań. Osoba po nadmiarowym przygotowaniu myśli: „udało się tylko dlatego, że harowałam jak szalona”. Ta, która zwlekała: „miałam szczęście”. Pętla zamyka się i przy kolejnym zadaniu wszystko zaczyna się od nowa.
Trzeci wątek to trudność w przyjmowaniu pochwał. Komplement od szefowej nie cieszy, tylko niepokoi, bo podnosi poprzeczkę i zwiększa ryzyko późniejszego rozczarowania. Częstą reakcją jest pomniejszanie: „to nic takiego”, „każdy by to zrobił”.
Brzmi znajomo? To dobrze, że umiesz to nazwać. To pierwszy krok.
Perfekcjonistka, ekspertka, zosia samosia
Amerykańska edukatorka Valerie Young, autorka książki „The Secret Thoughts of Successful Women” z 2011 roku, zauważyła, że ludzie z poczuciem bycia oszustem mają różne, bardzo wyśrubowane wyobrażenia o tym, co oznacza kompetencja. Jej podział nie jest klasyfikacją naukową, ale wiele osób łatwo się w nim odnajduje:
- Perfekcjonistka – każdy błąd, nawet literówka w mailu, jest dla niej dowodem porażki.
- Ekspertka – czuje, że musi wiedzieć wszystko, zanim zabierze głos, i ciągle dokłada kolejne kursy i certyfikaty.
- Naturalny geniusz – jeśli coś wymaga wysiłku, uznaje, że widocznie nie ma do tego talentu.
- Solistka – prośbę o pomoc traktuje jak przyznanie się do niekompetencji.
- Superkobieta – musi być świetna jednocześnie w pracy, w domu, jako matka, partnerka i przyjaciółka.
Te style często się przenikają, a ostatni ma wyjątkowo dużo wspólnego z codziennością wielu kobiet, które poza etatem dźwigają na głowie organizację całego domu. Pisaliśmy o tym w tekście o niewidzialnej pracy w domu. Kiedy oczekujesz od siebie perfekcji na każdym polu jednocześnie, każde, nawet drobne niedociągnięcie łatwo odczytać jako dowód, że „tak naprawdę nie dajesz rady”.
Czy to dotyczy tylko kobiet?
Clance i Imes opisywały kobiety i przez lata syndrom oszusta uważano za „kobiecy”. Późniejsze badania pokazały jednak, że sprawa jest bardziej złożona. W 2020 roku zespół z Uniwersytetu Stanforda opublikował w „Journal of General Internal Medicine” przegląd systematyczny 62 badań, w których wzięło udział łącznie ponad 14 tysięcy osób. Odsetek osób z poczuciem bycia oszustem wahał się w nich od 9 do 82 procent, w zależności od tego, jakim kwestionariuszem i z jaką granicą go mierzono. Już sam ten rozrzut pokazuje, jak trudno to zjawisko jednoznacznie zmierzyć.
Ciekawsze są wyniki dotyczące płci. Spośród 33 badań, które porównywały kobiety i mężczyzn, mniej więcej połowa wykazała wyższe nasilenie u kobiet, a druga połowa nie znalazła żadnej różnicy. Autorzy przeglądu doszli do wniosku, że poczucie bycia oszustem dotyczy zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Możliwe, że kobiety po prostu chętniej o nim mówią i częściej przyznają się do wątpliwości w ankietach.
Zjawisko częściej opisuje się natomiast u osób, które z jakiegoś powodu wyróżniają się w swoim otoczeniu: są pierwsze w rodzinie na studiach, jedyne kobiety w zespole inżynierów, najmłodsze na stanowisku kierowniczym albo należą do grupy rzadko widocznej w danej branży. Kiedy wokół nie widać nikogo podobnego do siebie, łatwiej uwierzyć, że jest się tu przez pomyłkę.
Kiedy problemem nie jest głowa, tylko otoczenie
W ostatnich latach coraz głośniej mówi się o tym, że koncepcja syndromu oszusta ma swoją ciemną stronę. W 2021 roku w „Harvard Business Review” ukazał się szeroko komentowany tekst Ruchiki Tulshyan i Jodi-Ann Burey, w którym autorki zwróciły uwagę, że etykieta „syndromu” przerzuca całą odpowiedzialność na kobietę. Sugeruje, że problem tkwi w jej głowie i wystarczy popracować nad pewnością siebie. Tymczasem wątpliwości bardzo często mają realne źródła: przerywanie na spotkaniach, przypisywanie czyichś pomysłów komuś innemu, niższe wynagrodzenia, pytania o plany macierzyńskie przy rekrutacji czy brak kobiet na stanowiskach, do których się aspiruje.
Czasem nie chodzi o to, że ty w siebie nie wierzysz, tylko o to, że otoczenie raz po raz daje ci powody do wątpliwości.
To nie znaczy, że wewnętrzne poczucie bycia oszustem nie istnieje. Znaczy tyle, że warto patrzeć szerzej. Jeśli w twoim zespole pochwały dostają zawsze te same osoby, a twoje sukcesy są pomijane w podsumowaniach, to brak pewności siebie może być całkiem rozsądną reakcją na sytuację. Zmiana myślenia pomoże tylko częściowo. Czasem potrzebna jest rozmowa z przełożoną, wsparcie działu HR albo zmiana miejsca pracy.
Dobre firmy coraz częściej to rozumieją. Programy mentoringowe, przejrzyste kryteria awansu i jawne widełki płacowe nie tylko są uczciwsze, ale też zmniejszają przestrzeń na zgadywanie, czy „zasłużyłam” na podwyżkę.

Cena ciągłego udowadniania
Poczucie bycia oszustem rzadko jest tylko przelotnym niepokojem. U wielu osób zamienia się w styl pracy, który na dłuższą metę kosztuje bardzo dużo. Ktoś, kto wciąż czuje, że musi coś udowodnić, bierze dodatkowe zadania, zostaje po godzinach, nie odmawia, nie odpoczywa i nie świętuje sukcesów, bo zaraz trzeba się przygotować do kolejnego „egzaminu”. To prosta droga do chronicznego zmęczenia, a w skrajnych przypadkach do wypalenia.
Przegląd ze Stanforda wskazał, że poczucie bycia oszustem często współwystępuje z objawami depresji i lęku, niższą samooceną oraz dolegliwościami somatycznymi. Nie wiadomo do końca, co jest tu przyczyną, a co skutkiem, ale związek jest wyraźny i warto go traktować poważnie.
Jest też koszt zawodowy, mniej widoczny na co dzień. Osoby przekonane, że nie są dość dobre, rzadziej zgłaszają się do awansu, nie aplikują na stanowiska, na które spełniają większość, ale nie wszystkie wymagania, i niechętnie negocjują wynagrodzenie. Kto czeka, aż poczuje się w stu procentach gotowy, zwykle czeka bardzo długo. Jeśli myślisz o podwyżce, ale odkładasz rozmowę, bo „jeszcze nie zasłużyłaś”, zajrzyj do naszego tekstu o tym, jak przygotować rozmowę o podwyżkę – konkretne argumenty pomagają także wtedy, gdy w środku wciąż czujesz się niepewnie.
Co pomaga na co dzień
Co zaskakujące, w przeglądzie z 2020 roku autorzy nie znaleźli ani jednego opublikowanego badania, które sprawdzałoby skuteczność konkretnych metod radzenia sobie z poczuciem bycia oszustem. Psycholodzy opierają się więc na doświadczeniu klinicznym i metodach, które działają przy pokrewnych trudnościach, takich jak lęk czy perfekcjonizm. Kilka z nich warto wypróbować samodzielnie.
Pierwsza to nazwanie zjawiska. Kiedy po pochwale pojawia się myśl „zaraz się wyda”, możesz ją zauważyć i powiedzieć sobie: to znowu ten znajomy głos. Sama świadomość, że to mechanizm, a nie obiektywna prawda, często obniża napięcie.
Druga to dziennik dowodów. Zapisuj konkretne sukcesy, pozytywne opinie, rozwiązane problemy i rzeczy, których się nauczyłaś, najlepiej od razu, z datą. Pamięć osoby z poczuciem bycia oszustem jest wybiórcza: porażki pamięta latami, sukcesy zapomina po tygodniu. Notatki są trudniejsze do podważenia niż wspomnienia, a przy okazji przydają się przed oceną roczną czy rozmową rekrutacyjną.
Trzecia to rozmowa. Poczucie bycia oszustem karmi się sekretem, bo każdy myśli, że jest jedyną osobą, która tak ma. Wystarczy powiedzieć o tym zaufanej koleżance z pracy albo mentorce, żeby często usłyszeć: „ja też tak mam”. To jedno zdanie potrafi zdjąć więcej ciężaru niż tydzień pozytywnego myślenia. Mentorka, która jest kilka kroków dalej w karierze, może też pomóc realnie ocenić, czy twoje wątpliwości mają podstawy.

Czwarta to zmiana stosunku do błędów i do uczenia się. Nie musisz wiedzieć wszystkiego, żeby zasługiwać na swoje miejsce. Nowa rola z definicji oznacza, że będziesz się uczyć. Pytanie o coś, czego nie wiesz, nie jest dowodem niekompetencji, tylko normalną częścią pracy. Pomaga też ustalenie z góry, co znaczy „wystarczająco dobrze” w danym zadaniu, zanim zaczniesz je wygładzać w nieskończoność.
I wreszcie: świętuj. Zakończony projekt, zdany egzamin, udana prezentacja zasługują na chwilę zatrzymania, zanim rzucisz się w kolejne zadanie. To nie próżność, tylko sposób, żeby sukces miał szansę się w tobie zapisać.

Kiedy warto poprosić o pomoc
Dla wielu osób poczucie bycia oszustem jest uciążliwe, ale da się z nim żyć i stopniowo je oswajać. Bywa jednak, że przekracza tę granicę. Jeśli lęk przed oceną odbiera ci sen, sprawia, że unikasz wyzwań, z których rezygnować nie chcesz, a myśli o własnej nieudolności towarzyszą ci przez większość dnia, warto porozmawiać z psychologiem lub psychoterapeutą. Pomocna bywa zwłaszcza terapia poznawczo-behawioralna, która uczy rozpoznawać i podważać automatyczne myśli. Tego typu wsparcie przydaje się też wtedy, gdy poczucie bycia oszustem łączy się z przeciążeniem i zaczyna przypominać wypalenie.
Jeśli pojawiają się objawy depresji, takie jak utrzymujący się smutek, brak energii, utrata zainteresowań, problemy ze snem czy poczucie beznadziei, nie czekaj. Do psychiatry w ramach NFZ można zgłosić się bez skierowania. W kryzysie możesz też zadzwonić pod bezpłatny numer Centrum Wsparcia dla osób dorosłych w kryzysie psychicznym: 800 70 2222, czynny całą dobę. W sytuacji zagrożenia życia dzwoń pod 112.
Poczucie bycia oszustem nie znika z dnia na dzień i u wielu osób wraca przy każdej większej zmianie. Można jednak nauczyć się je rozpoznawać i nie pozwalać mu decydować za siebie. Bo to, że czasem w siebie wątpisz, nie znaczy, że jesteś tu przez pomyłkę.
