Strona główna » Overthinking. Dlaczego ciągle analizujemy i co pomaga przerwać spiralę myśli

Overthinking. Dlaczego ciągle analizujemy i co pomaga przerwać spiralę myśli

Autor: Ewa Zawadzka
Kobieta leży nocą w łóżku z otwartymi oczami i zamyśloną, zmartwioną twarzą patrzy w sufit

Jest druga w nocy, a ty po raz dwudziesty odtwarzasz w głowie rozmowę z szefową. Czy nie powiedziałaś czegoś głupiego? Dlaczego tak dziwnie na ciebie spojrzała? Co, jeśli to znaczy, że… I tak w kółko, aż do świtu. Nadmierne analizowanie, nazywane po angielsku overthinking, to zjawisko, które zna większość z nas. Dla części osób staje się jednak codziennością, która odbiera sen, spokój i radość.

Myślenie o swoich sprawach jest oczywiście naturalne i potrzebne. Analizujemy, planujemy, wyciągamy wnioski z błędów. Problem pojawia się wtedy, gdy myślenie przestaje prowadzić do jakiegokolwiek rozwiązania, a zamienia się w spiralę, która tylko pogarsza samopoczucie. Psycholodzy dobrze znają ten mechanizm i mają na niego kilka sprawdzonych sposobów.

Warto zacząć od zrozumienia, co właściwie dzieje się w naszej głowie, gdy nie możemy przestać myśleć.

Czym jest overthinking

Słowo overthinking nie jest terminem medycznym ani diagnozą. To potoczne określenie, które obejmuje dwa zjawiska dobrze opisane w psychologii. Pierwsze to ruminacja, czyli uporczywe, powracające rozmyślanie o przeszłości: o tym, co się wydarzyło, co poszło nie tak, dlaczego czujemy się źle, co powinniśmy byli zrobić inaczej. Drugie to zamartwianie się, czyli myślenie o przyszłości: o tym, co może pójść źle, jakie mogą nas spotkać problemy, co zrobimy, jeśli…

Oba mechanizmy mają wspólny mianownik. Myśli krążą wokół tego samego tematu, ale nie prowadzą do nowego wniosku ani do działania. Zamiast rozwiązywać problem, odtwarzamy go w nieskończoność, często w coraz czarniejszych barwach. To trochę jak jazda samochodem po rondzie, z którego nie potrafimy zjechać: ruch jest, ale dokąd właściwie jedziemy?

Typowe przykłady to analizowanie każdego słowa wypowiedzianego na spotkaniu, wielokrotne sprawdzanie, czy wiadomość wysłana do znajomej nie zabrzmiała źle, przewidywanie najgorszych scenariuszy przed wizytą u lekarza, rozpamiętywanie dawnych błędów czy niekończące się zastanawianie się nad decyzją, która już zapadła.

Overthinking bywa też bardzo cichy i niewidoczny dla otoczenia. Z zewnątrz wyglądamy na spokojne, pracujemy, rozmawiamy, uśmiechamy się, a w środku toczy się nieustanna analiza. Dlatego wiele osób długo nie mówi o tym nikomu, uznając, że „tak po prostu mają” albo że to cecha charakteru, z którą nic się nie da zrobić. Tymczasem to nawyk myślowy, a nawyki można zmieniać – nie z dnia na dzień, ale stopniowo i skutecznie.

Dlaczego to robimy

Paradoksalnie overthinking często bierze się z dobrych intencji. Wiele osób, które dużo analizują, ma poczucie, że w ten sposób przygotowuje się na trudności, rozwiązuje problemy albo unika błędów. Myślenie daje złudzenie kontroli: skoro przeanalizuję każdy scenariusz, nic mnie nie zaskoczy. Problem w tym, że większości tych scenariuszy nie da się przewidzieć ani kontrolować, a samo myślenie o nich nie zmniejsza ryzyka, tylko zwiększa napięcie.

Skłonność do nadmiernego analizowania częściej pojawia się u osób perfekcjonistycznych, bardzo odpowiedzialnych, wrażliwych na ocenę innych i takich, które w dzieciństwie musiały być czujne, bo otoczenie było nieprzewidywalne. Nasila się w okresach stresu, zmęczenia i niepewności: przed ważnymi decyzjami, w czasie kryzysów w pracy czy w związku, po trudnych wydarzeniach.

Ma też znaczenie styl życia. Brak snu, ciągła obecność telefonu, mało ruchu i mało czasu na odpoczynek sprawiają, że mózg nie ma przestrzeni na wyciszenie, a nierozwiązane sprawy wracają w każdej wolnej chwili, najczęściej wieczorem, gdy leżymy w łóżku i nic już nie odwraca naszej uwagi.

Swoją rolę odgrywają też media społecznościowe i komunikatory. Wiadomość odczytana, ale bez odpowiedzi, zdjęcie ze spotkania, na które nas nie zaproszono, komentarz, który można zrozumieć na dwa sposoby – to wszystko dostarcza nowych tematów do analizowania. Kiedyś po rozmowie zostawało tylko wspomnienie, dziś mamy zapis każdego słowa, który można czytać w nieskończoność i doszukiwać się w nim ukrytych znaczeń.

Ruminacja a nastrój

Wiele z tego, co wiemy o ruminacji, zawdzięczamy amerykańskiej psycholożce Susan Nolen-Hoeksemie, która przez lata badała, jak ludzie reagują na smutek i stres. Zauważyła, że osoby, które w odpowiedzi na obniżony nastrój długo i biernie rozmyślają o swoim stanie, jego przyczynach i konsekwencjach, częściej popadają w dłuższe i głębsze epizody depresji niż ci, którzy w takich chwilach sięgają po inne strategie, na przykład odwracają uwagę czy podejmują działanie. Jej badania wskazywały też, że kobiety statystycznie częściej niż mężczyźni reagują na trudności ruminacją, co może być jednym z czynników wyjaśniających, dlaczego depresja częściej dotyka kobiet.

Ruminacja nie jest więc tylko nieprzyjemnym nawykiem. Badania łączą ją z gorszym nastrojem, zaburzeniami lękowymi, problemami ze snem i trudnością w rozwiązywaniu problemów. Osoby, które dużo rozmyślają, często mają poczucie, że lepiej rozumieją swoje problemy, ale w praktyce trudniej im podjąć działanie, bo każdy krok wydaje się obarczony ryzykiem.

Ruminacja wpływa też na relacje. Osoba, która stale analizuje swoje problemy, bywa mniej obecna w rozmowie, łatwiej się obraża, interpretuje neutralne zachowania jako sygnały odrzucenia i często szuka zapewnień u bliskich, co z czasem może ich męczyć. Nie dlatego, że jest trudna czy egoistyczna, tylko dlatego, że jej umysł nieustannie pracuje na wysokich obrotach. Zrozumienie tego mechanizmu bywa ulgą zarówno dla niej samej, jak i dla otoczenia.

Wiele osób, które dużo rozmyślają o swoich błędach, jest dla siebie bardzo surowych. Wewnętrzny głos komentuje każde potknięcie tonem, jakiego nigdy nie użyłyby wobec przyjaciółki. Psycholodzy zajmujący się tak zwanym współczuciem wobec siebie zwracają uwagę, że życzliwe, wyrozumiałe podejście do własnych błędów nie oznacza obniżania wymagań, a może pomagać w szybszym otrząśnięciu się z porażki i mniejszej skłonności do rozpamiętywania. Zamiast „znowu wszystko zepsułam” można powiedzieć sobie „to było trudne, popełniłam błąd, jak większość ludzi w takiej sytuacji, co mogę z tym teraz zrobić?”.

Myślenie daje złudzenie kontroli, ale większości scenariuszy nie da się przewidzieć – a samo myślenie o nich tylko zwiększa napięcie.

Kiedy myślenie przestaje pomagać

Granica między refleksją a overthinkingiem nie zawsze jest oczywista. Pomocne może być zadanie sobie kilku pytań. Czy po kwadransie myślenia o problemie wiem więcej niż na początku, czy kręcę się w kółko? Czy pojawił się jakiś konkretny pomysł na działanie? Czy czuję się lepiej, spokojniej, czy przeciwnie, bardziej niespokojnie i bezradnie? Czy myślę o czymś, na co mam wpływ, czy o czymś, czego nie mogę zmienić?

Jeśli odpowiedzi wskazują, że myślenie niczego nie wnosi, a tylko podsyca lęk, smutek czy złość, to sygnał, że wpadłaś w spiralę. Warto też zwrócić uwagę na sygnały z ciała: napięte mięśnie, ściśnięty żołądek, przyspieszone bicie serca, płytki oddech. Overthinking rzadko odbywa się wyłącznie w głowie.

Pomocna bywa prosta reguła dwóch minut. Jeśli myślisz o czymś dłużej niż kilka minut i nie pojawiło się nic nowego – ani pomysł, ani decyzja, ani pytanie, które warto komuś zadać – prawdopodobnie przestałaś rozwiązywać problem i zaczęłaś się zamartwiać. To dobry moment, by świadomie przerwać i zająć się czymś innym.

Charakterystyczne jest też to, że w spirali myśli najczęściej pojawiają się pytania „dlaczego” – dlaczego ja, dlaczego to się stało, dlaczego tak się czuję – oraz pytania „co jeśli”. Pierwsze rzadko mają satysfakcjonującą odpowiedź, drugie mogą mnożyć się w nieskończoność.

Dłoń kobiety zapisuje coś w małym notesie na szafce nocnej obok lampki i szklanki wody
Zapisanie myśli na kartce pomaga przenieść je z głowy na zewnątrz.

Zauważ i nazwij

Pierwszym krokiem do przerwania spirali jest jej zauważenie. Brzmi banalnie, ale wiele osób przez długi czas nie zdaje sobie sprawy, że od godziny analizuje tę samą sytuację. Pomaga nazwanie tego, co się dzieje: „Znowu analizuję tę rozmowę”, „To jest zamartwianie się, a nie planowanie”. Samo nazwanie tworzy niewielki dystans między nami a myślami. Przestajemy być w środku spirali i zaczynamy ją obserwować z boku.

W terapii poznawczej i w podejściach opartych na uważności uczy się traktowania myśli jako zdarzeń w umyśle, a nie faktów. Myśl „na pewno wszystko zepsułam” to tylko myśl, a nie dowód. Można ją zauważyć, przyjąć do wiadomości i pozwolić jej odpłynąć, zamiast wdawać się z nią w dyskusję. To umiejętność, która wymaga praktyki, ale z czasem naprawdę pomaga.

Niektórym pomaga też wyobrażenie sobie, że myśli to samochody przejeżdżające ulicą albo liście płynące rzeką. Widzisz je, możesz je nazwać, ale nie musisz do każdego wsiadać ani za każdym płynąć. Inni wolą bardziej praktyczne podejście i pytają siebie: „Co powiedziałabym przyjaciółce, która myśli w ten sposób?”. Wobec bliskich jesteśmy zwykle znacznie łagodniejsze i bardziej racjonalne niż wobec siebie.

Czas na zamartwianie się

Jedna z technik stosowanych w terapii poznawczo-behawioralnej może na pierwszy rzut oka wydawać się dziwna. Polega na wyznaczeniu sobie codziennie stałego, krótkiego czasu, na przykład kwadransa o określonej godzinie, przeznaczonego na zamartwianie się. Gdy w ciągu dnia pojawia się natrętna myśl, zamiast od razu w nią wchodzić, zapisujesz ją i odkładasz na później: „Pomyślę o tym o siedemnastej”.

Gdy przychodzi wyznaczona pora, siadasz z listą i przyglądasz się tym sprawom. Często okazuje się, że wiele z nich straciło na znaczeniu albo przestało niepokoić. Inne można zamienić w konkretne działania. Technika ta nie polega na tłumieniu myśli, tylko na przejęciu kontroli nad tym, kiedy się nimi zajmujemy. Ważne, by „czas na zamartwianie się” nie wypadał tuż przed snem.

Jak to może wyglądać w praktyce? Rano w pracy pojawia się myśl, że prezentacja w przyszłym tygodniu pójdzie fatalnie. Zamiast analizować ją przez pół dnia, zapisujesz w notesie jedno zdanie: „prezentacja – boję się, że wypadnę źle”. O siedemnastej siadasz do listy. Okazuje się, że z tego lęku da się wyciągnąć dwa konkretne zadania: przećwiczyć prezentację na głos i poprosić koleżankę o opinię. Reszta, czyli wizje kompromitacji przed zespołem, nie wymaga dalszego myślenia. Po kwadransie zamykasz notes i zajmujesz się czymś innym.

Zapisywanie myśli na papierze pomaga przenieść je z głowy na zewnątrz. Wiele osób zauważa, że problemy, które w głowie wydawały się ogromne, na kartce wyglądają na znacznie mniejsze i bardziej uporządkowane. Przy nocnych spiralach pomocny bywa notes przy łóżku: zapisujesz myśl i mówisz sobie, że zajmiesz się nią rano.

Rano wiele z tych spraw wygląda zupełnie inaczej.

Ruch i uwaga na zewnątrz

Ruminacja żywi się bezczynnością i skupieniem na sobie. Dlatego jednym z najprostszych sposobów jej przerwania jest zajęcie umysłu i ciała czymś innym, najlepiej czymś, co wymaga uwagi. Szybki spacer, sprzątanie, gotowanie według przepisu, rozmowa z kimś bliskim, gra wymagająca koncentracji, ćwiczenia fizyczne – wszystko to sprawia, że mózg przełącza się na inny tor.

Szczególnie pomocny jest ruch na świeżym powietrzu. Aktywność fizyczna obniża napięcie, poprawia nastrój i sen, a spacer daje możliwość skupienia się na tym, co widzimy, słyszymy i czujemy, zamiast na tym, co dzieje się w głowie. Nie chodzi o wielkie treningi – wystarczy codzienna dawka ruchu, o której piszemy w tekście o tym, ile kroków dziennie naprawdę potrzebujemy.

Pomagają też proste techniki oddechowe, na przykład spokojny, wydłużony wydech, który sygnalizuje organizmowi, że może się uspokoić. To nie usunie przyczyny problemu, ale może przerwać fizjologiczną spiralę napięcia, która podsyca kolejne myśli.

Dużo zależy też od snu. Niewyspany mózg gorzej radzi sobie z regulacją emocji, łatwiej wpada w czarne scenariusze i trudniej mu przerwać krążenie myśli. Stałe pory snu, ograniczenie ekranów przed zaśnięciem i wieczorne wyciszenie to nie tylko porady dla osób z bezsennością, ale też sposób na mniej intensywne nocne analizy. Kilka pomysłów na spokojniejsze wieczory znajdziesz w tekście o cyfrowym detoksie na co dzień.

Kobieta idzie szybkim krokiem leśną ścieżką w promieniach słońca, z rozluźnioną twarzą
Ruch na świeżym powietrzu przełącza uwagę z głowy na to, co widzimy i czujemy.

Z „dlaczego” na „co mogę zrobić”

Overthinking często krąży wokół pytań, na które nie ma odpowiedzi. Dlaczego zawsze mnie to spotyka? Dlaczego on tak zareagował? Co, jeśli wszystko się zawali? Skuteczniejsze bywa zmienienie pytania na takie, które prowadzi do działania: co mogę zrobić w tej sprawie? Jaki jest najmniejszy krok, który mogę wykonać dziś? Czy to jest coś, na co mam wpływ?

Jeśli problem jest realny i możesz coś z nim zrobić, warto rozpisać go na kroki i zacząć od pierwszego. Działanie, nawet niewielkie, zwykle zmniejsza niepokój bardziej niż godziny rozmyślań. Jeśli natomiast sprawa jest poza twoją kontrolą, na przykład dotyczy cudzych decyzji czy przyszłości, której nie da się przewidzieć, pomocne bywa świadome odpuszczenie: przyjęcie, że nie wszystko zależy od ciebie, i skierowanie energii tam, gdzie możesz coś zmienić.

Przy decyzjach, które nie dają spokoju, pomaga ustalenie terminu: „Do piątku zbieram informacje, w piątek decyduję”. Wiele osób odkłada decyzje w nieskończoność, licząc, że jeszcze jedna analiza da pewność. Ta pewność zwykle nie przychodzi, a koszt czekania rośnie.

Warto też przyjrzeć się swoim oczekiwaniom wobec decyzji. Osoby skłonne do overthinkingu często szukają rozwiązania idealnego, bez żadnych wad i ryzyka. Takie rozwiązania istnieją rzadko. Wystarczająco dobra decyzja podjęta dziś bywa lepsza niż idealna, której nigdy nie podejmiemy. Pomaga też świadomość, że większość decyzji da się później skorygować, a błąd nie jest końcem świata, tylko informacją, z której można wyciągnąć wnioski.

Kiedy szukać pomocy

Overthinking bywa uciążliwy, ale nie zawsze wymaga terapii. Jeśli jednak nadmierne analizowanie zajmuje ci dużą część dnia, utrudnia pracę, sen i relacje, towarzyszy mu silny lęk, przygnębienie, napady paniki albo poczucie beznadziei, warto porozmawiać ze specjalistą. Może to być sygnał zaburzeń lękowych, depresji czy innych problemów, które dobrze poddają się leczeniu. Dobrze przebadaną metodą pracy z ruminacją i zamartwianiem się jest terapia poznawczo-behawioralna, a pomocne bywają też podejścia oparte na uważności czy terapia metapoznawcza, skupiona właśnie na tym, jak odnosimy się do własnych myśli.

Jak wygląda taka terapia? Zwykle są to regularne spotkania, w trakcie których uczysz się rozpoznawać swoje schematy myślenia, sprawdzać, czy mają oparcie w faktach, i ćwiczyć nowe sposoby reagowania na trudne myśli i emocje. Między sesjami często dostaje się zadania do wykonania w codziennym życiu, na przykład prowadzenie zapisków czy stopniowe mierzenie się z sytuacjami, których się unikało. Terapia nie polega na tym, że ktoś mówi, co masz robić, ale na wspólnym szukaniu sposobów, które zadziałają właśnie u ciebie.

Pomocy można szukać u psychologa, psychoterapeuty albo psychiatry – do psychiatry w ramach NFZ nie potrzeba skierowania. Jeśli czujesz, że sobie nie radzisz, możesz też zadzwonić do Centrum Wsparcia dla osób dorosłych w kryzysie psychicznym pod bezpłatny numer 800 70 2222. W sytuacji zagrożenia życia dzwoń pod 112.

Myśli nie da się wyłączyć jednym przyciskiem. Można jednak nauczyć się, jak nie pozwolić im prowadzić się w kółko. To umiejętność, która przychodzi stopniowo – i każda noc, w której uda się zasnąć bez dwudziestej powtórki tej samej rozmowy, jest małym zwycięstwem.

Powiązane artykuły

Zostaw komentarz